Musiałabym sobie powiedzieć: przyznałam, że jestem bezsilna wobec wykrzywionej potrzeby bycia kochaną za wszelką cenę, że przestałam kierować własnym życiem. Tymczasem ja wciąż próbuję nad tym panować, kierować, kontrolować. I wydaje mi się, że to ma sens, no bo kto ma to zrobić, jeśli nie ja? Nie przyszło mi do głowy, że mogę ogłosić bezsilność. Mało tego, nie przyszło mi do głowy, że przez te wszystkie lata moimi decyzjami, wyborami, czynami kierowała chora potrzeba bycia ważną. Chora nie dlatego, że sama w sobie taka potrzebna jest dziwna (bo przecież nie jest). Chora, ponieważ brała górę nad wszystkim, liczyło się tylko to, żeby dostać dawkę, namiastkę poczucia miłości lub choć zainteresowania.
W tej chwili, gdy przyszło mi do głowy, że właśnie zaczynam robić pierwszy krok w tej dziedzinie, przeszły mi po nogach okropne dreszcze. To będzie straszne. To jest niezbędne. Całą sobą poczułam, że na to czekałam wszystkie te lata. Żeby przypomnieć sobie każdą sytuację, kiedy upadałam, gdy traciłam godność tylko po to, by dostać ochłap, by zapchać czarną dziurę.
*
Minęło trochę czasu i już znowu chwyciłam ster, już znowu chcę kierować, już nie mam chęci ani bolesnej motywacji, żeby się poddać, żeby prosić. Muszę poczekać na kolejny cios, na kolejne odrzucenie (może tylko w moim mniemaniu), na następne upokorzenie? Ale czy nie jest nim bezustanne wgapianie się w telefon, zaklinanie go? Czarowanie, mamienie losu – ja już jestem w stanie zacząć czytać horoskopy… To prawdziwy upadek. Pamiętam, jak przed laty powiedziałam sobie dość: gdy dotarło do mnie, że oto zrezygnowałam z suszenia włosów i odkurzania, żeby nie przegapić dzwonka telefonu. Bo może on zadzwoni. Tak naprawdę nie ten jakiś on był ważny, tylko żrąca pustka, którą nagle przestał wypełniać. Dziś też ją odczuwam. Jest mi niewyraźnie, źle we własnej skórze, nie mogę znaleźć sobie miejsca, nic na dłużej nie jest w stanie zatrzymać mojej uwagi. Czekam w napięciu, żeby coś. Coś nie nadchodzi. Ja się skręcam. Znam podobny stan z dzieciństwa, kiedy nie mogłam doczekać się na jakąś ważną dla mnie rzecz, wyjazd, niespodziankę. Ale tamto było uprawomocnione, dzieci mają prawo do niecierpliwości.
Zastanawiam się, czy te moje hektyczne drgawki są widoczne i odczuwalne po drugiej stronie słuchawki, kiedy telefon już zadzwoni. Czy udaje mi się zachować twarz zamarzniętej królowej lodu i chłodu. Bo przecież pokazać swoje emocje to wstyd. Zwłaszcza te nienormalne, konwulsyjne. Więc wpadam w kolejny obłęd – udawanie, że mi nie zależy tak bardzo, że mnie nie boli. Tak to się nigdy nie skończy… Nawet o pokorę trzeba prosić.