wtorek, 9 września 2014

127. bezkrwawe zbrodnie

– Dopiero w Szwecji uświadomiłem sobie, że byłem chory na ironię, i to bardzo mi się nie podoba u tego młodego człowieka, którym byłem. Może to zresztą była choroba pokolenia. Kocham Herberta, ale jego afirmacje ironii potraktowałem chyba niedojrzale. W Polsce za komuny trzeba było być ironicznym, by nie zwariować, a że jeszcze dopatrywałem się w tej postawie wysublimowanej inteligencji, więc ironii nadużywałem. A od ironii bardzo blisko do oschłości serca i dalej do cynizmu.



Ironia jest, moim zdaniem, konieczna. 



– Ale nie bez przerwy. Człowiek tak ironiczny jak ja wtedy niczego nie mówi wprost. Niczego nie komunikuje, tworzy wokół siebie otoczkę względności i nie można do niego dotrzeć, ucieka od drugiego człowieka. Z osobą zawsze ironiczną nie ma kontaktu.
 

*


Gdy robię przegląd moich lat picia, przypominam sobie wielu ludzi, którzy tylko okazjonalnie otarli się o moje życie, ale których dni zakłóciłem swoją złością i sarkazmem. 
Codzienne Refleksje, s. 301.



Pamiętam pewną rozmowę sprzed wielu lat. Nie piłam już dłuższy czas, jakoś już sobie, myślałam, że nawet nieźle, radziłam w zwykłych relacjach, z normalnymi ludźmi (jeszcze wtedy dzieliłam ludzi na normalnych i alkoholików). Moja znajoma z obszaru zawodowego, z którą – to akurat wiedziałam i czułam – naprawdę się lubiłyśmy, powiedziała nagle: Boję się z tobą rozmawiać, bo nigdy nie wiem, co mnie spotka, czy odpowiesz poważnie czy złośliwie mnie wyśmiejesz. Lubiłam ją, nie czułam żadnego zagrożenia, nie musiałam się bronić, nie sądziłam, że sprawiam jej przykrość. A jednak… Wiem, że siałam to bezmyślnie, bez opamiętania i zastanowienia. Odruchowo. Ot tak, po prostu. Wiem, że skrzywdziłam w taki sposób znacznie więcej osób, niż jestem w stanie sobie przypomnieć. Wiem, od pewnego czasu bardzo dobrze, że już nie chcę nikogo w taki sposób traktować. Bo nikt na to nie zasługuje. Zwłaszcza gdy ironia niebezpiecznie ociera się o pogardę.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

126. zlot i odloty

Nigdy nie lubiłam dużych spędów – tłumy mnie męczą albo i gorzej. Ale tego spędu zwyczajnie nie mogłam i nie chciałam sobie odpuścić. Może dlatego, że od jakiegoś czasu sprawy Wspólnoty AA po prostu mnie interesują, bo są również moimi sprawami, a może dlatego, że nadarzała się okazja, by wreszcie wyrównać niewygodną lukę niewiedzy, zaczynającą uwierać na dźwięk zdań: Pięć lat temu we Wrocławiu… Na zlocie w Krakowie… Postanowiłam, że pojadę, zobaczę i od tej pory będę już wiedziała.

* Spotkanie w jednym miejscu tak wielu znajomych alkoholików z całej Polski, i nie tylko Polski, to fantastyczna sprawa, choć może wprowadzać w dziwny stan ni to emocjonalnego upojenia, ni męczącego niezdecydowania. Ale zrobiło wrażenie. I szczerze ucieszył widok niewidzianych po kilka lat twarzy. Aspekt towarzyski musiał jednak w którymś momencie zejść na plan dalszy.

* Przemieszczanie się w takim tłumie alkoholików pobudza do refleksji. Jak szepnął mi przyjaciel z Londynu, chcesz czy nie, uczy pokory, bo w takim miejscu, bez względu na to, co robisz w AA na co dzień, naprawdę jesteś tylko jednym z wielu. I to nie musi być wcale miła lekcja, ale już wiem, że najważniejsze lekcje do najmilszych nie należą.

* „Ceremonia” odliczania lat trzeźwości kilku tysięcy osób trochę trwa, ale pozwala zobaczyć, że można nie tylko nie pić blisko 50 lat, ale być przy tym tak pełnym życia jak dwudziestolatka, i mimo zdecydowanie zaawansowanego wieku pracować z kilkoma podopiecznymi!

* Wspólnota AA jest naprawdę doceniana za to, co robi dla społeczności. Nawet w Polsce. Nawet współcześnie. Usłyszeć to od ludzi, z którymi AA współpracuje, to jakby zobaczyć kogoś dobrze znanego w zupełnie nowym świetle, jako osobę znacznie atrakcyjniejszą, ważniejszą, niż sądziło się dotychczas. Pierwszy raz tak mocno i wyraźnie zetknęłam się z uznaniem działań Wspólnoty. I poczułam, że przynależność do AA to coś ważnego i cennego, że to mnie w pewien sposób nobilituje (i co za tym idzie, oczywiście zobowiązuje).

* Alkoholicy z różnych części kraju i świata są różni i to może drażnić (bo reagują, zachowują się inaczej niż jestem przyzwyczajona, niż się spodziewam), ale też wzbogacać o nowe spojrzenie na stare sprawy – wystarczy pójść na mityng i posłuchać kogoś z drugiego końca Polski albo drugiego kontynentu.

* Mimo tych różnic i odległości o duchowości mówimy podobnie, zwłaszcza o odkryciach w tej sferze – spotkanie o Kroku 11 było jednym z najciekawszych i najbardziej poruszających mityngów, na jakich byłam podczas Zlotu 40-lecia AA w Polsce. 
Było wręcz elektrycznie!

* Modlitwa o pogodę ducha w piętnastu różnych językach świata brzmi niezwykle wzruszająco, a widok kilku tysięcy ludzi, trzymających się za ręce i mówiących ją jednym głosem może na długo stać się wstępem do medytacji nad takimi pojęciami, jak jedność i wspólnota.

środa, 23 lipca 2014

125. a jednak safari

Krótka rozmowa z młodą alkoholiczką. Poznałam ją z rok temu. To był jej drugi mityng, wysłali ją z terapii. Podeszłam do niej odruchowo, zanim jeszcze zdążyły się z sensem uruchomić wyuczone nawyki z gatunku „jesteś tu po to, żeby oddawać” (fakt, wsparte czymś, co niewiele ma wspólnego z nawykiem, a tym bardziej treningiem – zwykłą/niezwykłą solidarnością z wystraszonym nieszczęściem – ale to wszystko działo się w najbardziej zakręconych zakamarkach umysłu, więc nie miało czasu dotrzeć do świadomości, dopiero potem, długo potem, zrozumiałam, że istnieje). Podeszłam, bo wyglądała jak malutki drżący szczeniaczek w zacieśniającym się kręgu podgłodniałych drapieżników. Była słodka, tak naiwną słodyczą, że aż irytującą. Milutka dwudziestoparolatka, choć wyglądała jak dziecko, z czarnymi oczami, mleczną skórą i odętymi ustami. I jeszcze ten rozbrajający, błagalno-przymilny uśmiech: przytulcie mnie, zaopiekujcie się mną... Podeszłam, może dlatego, żeby przytulili trochę mniej porywczo.

*


Rozmawiamy sobie dość luźno, co słychać, bo dawno się nie wymieniałyśmy tym, co słychać. Opowiada o terapii, mityngach i o tym, że znalazła takie nawet w porządku, jeden niekoniecznie dla alkoholików, drugi kobiecy, trzeci właściwie bardziej grupa wsparcia niż mityng. Pytam, ze zwykłej ciekawości, czemu nie chodzi na klasyczne mityngi AA. Bo dostaję zbyt wiele niechcianych propozycji. Ostatnio podszedł alkoholik i wprost powiedział, że ma na mnie ochotę. A ja nie chcę tego słuchać. Nie chcę! Głos podchodzi na ułamek sekundy odrobinę za wysoko, piszcząco, a ja dokładnie wiem, o czym mówi. Też miałam dwadzieścia parę lat, gdy przyszłam do AA, też miałam wielkie mokre oczy i ze strachu wiecznie przyklejony do twarzy przymilny uśmieszek. I aż nazbyt dobrze pamiętam kalkulacje: zaczynają się mityngi świąteczne, czyli siedzę w domu – nie zniosę kolejnej serii obściskiwania przez 30 facetów, z których połowę widzę pierwszy raz na oczy. Pamiętam też mityng, z którego musiałam odejść, bo nie umiałam sobie inaczej poradzić z nachalnym adoratorem, który nie reagował na mowę ciała, dystans, nieśmiałe sugestie (tresowana od dziecka na grzeczną uległą dziewczynkę jakoś nie potrafiłam załatwić sprawy krótkim cięciem, ulicznym gestem, prostym żołnierskim słowem). Pamiętam twardą rękę strachu, złości i żalu, zaciskającą się na moim ramieniu, gdy rok później wszedł na mityng, który oswoiłam, który był mój. A potem rozmowy z dobrymi trzeźwymi kolegami z AA i naukę chwytu sztywny łokieć.

Dlaczego opowieść mojej młodziutkiej koleżanki tak mnie poruszyła? Przecież to temat stary, dobrze znany, zawsze było i będzie, oswojony może nawet i jakiś taki za szybą (mogę sobie tłumaczyć, że mało we mnie zostało naiwnej słodyczy, ale wiem przecież, że i wiek robi swoje). Tak, pomyślałam, że to może ostatni dzwonek na taki tekst. Za dwadzieścia lat i kilo (a może już tylko za dziesięć) mogę nadziać się na niezbyt przyjemną ripostę, że pewnie zazdroszczę, że też bym chciała… Nie, nie chciałabym i nigdy nie chciałam. W to miejsce przyszłam, żeby przeżyć, a nie żeby szukać przygód. Choć rozumiem, że niektórym Wspólnota AA służy i do tego. I w zasadzie może być i tak, pod jednym wszakże warunkiem, dokładnie opisanym na 119 stronie książki Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji. Dużo gorzej, kiedy ci, którzy najbardziej potrzebują pomocy, nie mogą jej przyjąć, bo muszą uciekać przed niechcianymi zalotami samozwańczych don juanów.

Nie jestem specjalną miłośniczką mityngów jednopłciowych, ale w sytuacjach takich, jak ta, trudno by mi było przekonywać kogokolwiek, że koedukacyjne lepsze (cokolwiek się za tym „lepszym” kryje). Słyszałam też historie początkujących alkoholiczek, którym mąż, partner czy chłopak zakazał chodzić na mityngi, bo obściskiwanie się z obcymi facetami jakoś nie wygląda na niby-trzeźwienie…  Wiem, że obściskiwanie się i te wszystkie misiaczki raczej rzadziej niż częściej mają jakieś podteksty. Zwykle nie ma w nich niczego więcej poza radością z tego, że się widzimy, że wciąż jesteśmy trzeźwi. Sama czasem to robię – z tymi, których znam długo i lubię. Ale czasem bym się jednak zastanowiła, czy na pewno każdemu to pasuje? Może nie każdy ma nieodpartą potrzebę bliskości i coraz większego skracania dystansu?

Podejrzewam, że istnieją również aowskie lamparcice, ciekawa jestem, jak alkoholicy mężczyźni sobie z nimi radzą?

poniedziałek, 30 czerwca 2014

124. wredne pytanie

Czasem ktoś ci zada takie pytanie: niby nic, niby prosta sprawa, niby ciebie tak bardzo nie dotyczy, właściwie to pytanie dość ogólne jest, ale… jakoś tak nieprzyjemnie się robi. Bo niby niewinne pytanie osadzające się pylistym dźwiękiem wewnątrz głowy, jakoś tak nieprzyjemnie drażni. I już po chwili wiesz, czemu drażni. Bo to bardzo wredne, podstępne pytanie!

*


Nie lubię takich pytań, choć prawdę mówiąc przynoszą mi najwięcej korzyści. Później, gdy się już z nimi uporam, ułożę. Ale zanim to się stanie, zwyczajnie ich nie lubię. Nie lubię widzieć, że nie jestem taka, jak sądziłam, jak sobie mimo wszystko wyobrażałam, a nawet roiłam. Bo takie pytanie, całkiem przy okazji, obnaża fakt, że te fragmenty myślenia o sobie, to nic ponad rojenia właśnie.
Ale do rzeczy! Za co dokładnie nie lubię kolegi, który zadał pytanie na jednym z forów, na internetowej grupie dla alkoholików? Bo przez niego musiałam przyznać, że jeszcze sporo mi brakuje do wizji działaczki-współpracowniczki. Otwartej na ludzi. Rozumiejącej ludzi. Lubiącej, a nawet kochającej ludzi. Naprawdę sporo.
Pytanie dotyczyło Tradycji Piątej, choć tak naprawdę spraw dużo szerszych: 
Czy mam z kimś wspólne cele i czy potrafię działać w grupie?
Uch!?! W grupie… Ale po co zaraz w grupie? Potrafię świetnie działać, jestem skuteczna, jestem obrotna i kreatywna, ale… po co w to mieszać innych? Inni komplikują, spowalniają, wypaczają, przeszkadzają, psują wreszcie. Inni to kłopot. A ja się te kłopoty nauczyłam omijać doskonale. Kiedyś, dawniej, już w dzieciństwie. A skoro coś dobrze działa, to po co zmieniać?
No, tak, wiem dobrze po co, wiem, do czego prowadzą samotne wycieczki alkoholika (alkoholiczki) o wybujałych instynktach wszelakich! I wiem, że w pojedynkę mniej mogę osiągnąć niż w grupie. I jeszcze przeczuwam, a czasem już nawet czuję, że duchowa korzyść z działań wspólnych jest większa niż z występów solowych.
Między egocentryczną egoistką a otwartą na współpracę i ludzi społecznicą są przystanki pośrednie. Na razie zatrzymałam się na przystanku mniej lub bardziej bezinteresowne działania na rzecz innych są w porządku, są w zasięgu moich możliwości. Ale póki co, wciąż łatwiej robić mi coś „dla” niż „z”.

Tymczasem, ja mam się nauczyć nie tylko działać (co też musiałam zrewidować, bo owszem, działałam, tyle że czasem bezmyślnie, impulsywnie, bez planu i często bez pozytywnych i zadowalających efektów), ale współdziałać. W relacjach interpersonalnych zawsze coś mi szwankowało. A najbardziej wtedy, gdy trzeba było coś rozwiązywać – kolektywnie. Sama mogłam uratować świat. Ale dzielić się z innymi troską, obowiązkami i triumfem (Tu cię mam!)???
Tak całkiem przy okazji zauważyłam, że im głębszą z kimś osiągnę więź, tym większa gotowość do rezygnacji z używania moich wad, forsowania moich najlepszych ze wszystkich pomysłów czy stawania okoniem (czyli: A róbta se sami, nie będę rzucać pereł przed wieprze). A jeśli do tego wszystkiego jestem w stanie zobaczyć jakiś wspólny cel… tak, to zdecydowanie zwiększa szanse na współpracę. Najważniejsze zatem, żebym zechciała (żeby mi się chciało) podjąć wysiłek szukania wspólnego celu – różnych, rozmaitych, w różnych wspólnotach – wtedy współdziałanie będzie dużo prostsze. 

poniedziałek, 26 maja 2014

123. pułapki dobrobytu

Jakiś czas temu byłam na warsztatach kroków AA. To cykliczne warsztaty i mój szósty czy siódmy w nich udział – mam pewną bazę do porównań. Po tej ostatniej edycji dotarło do mnie, że coś się zmieniło, nawet bardzo. Na te spotkania kilka lat temu trafiłam jako nowicjuszka przedprogramowa (nie piłam już wiele lat, ale Program AA miał się dopiero o mnie upomnieć). Wtedy i przez kolejne spotkania alkoholicy, w tym ja, wyjeżdżali stamtąd lekko albo dużo bardziej oszołomieni nowinami, które tak naprawdę nie są i nie były żadną tajemnicą, od 70 lat są Anonimowym Alkoholikom wiadome i ogólnie dostępne. Właśnie od takiego oszołomienia zaczęła się moja przygoda z Programem, przygoda, która odmieniła moje życie. 
Głównym zadaniem tych warsztatów – jak się okazywało – było pokazanie/przekonanie, że Program to działanie, i że samotnie i samodzielnie nie da się przezeń przejść, że niezbędny do tego jest sponsor. I faktycznie, tak się działo przez jakiś czas – alkoholikom spadały łuski z oczu, zaczynali rozumieć, a zaraz potem znajdowali sponsorów i brali się do roboty. I właśnie na tych ostatnich warsztatach okazało się, że… prawie wszyscy mają sponsorów i realizują Program. Że wszystko wiedzą, trudno ich czymkolwiek zaskoczyć. No, cóż, czasy się zmieniły, tego przecież chcieliśmy – żeby wreszcie każdy alkoholik trafiający do Wspólnoty mógł bez problemu znaleźć realną pomoc. W prowadzeniu spotkań i warsztatów nie chodzi zresztą o to, żeby wyciągać wciąż nowe króliki z kapelusza. Tylko… coś jednak nie do końca mi pasowało.


*



Parę dni temu miałam okazję pojechać w miejsce, w którym nigdy nie byłam, na mityng, do ludzi, których na oczy nie widziałam – to zawsze jest ciekawa i rozwijająca sprawa. Po warsztatowych doświadczeniach mocno się jednak zastanawiałam, co i jak mówić do alkoholików, którzy na tę moją spikerkę przyjdą, żeby mieli z mojej opowieści korzyść, żeby coś z niej wynieśli. Chciałam, żeby było z pożytkiem, ale wiedziałam, że nie mogę i nie chcę utrzymywać czyjejś uwagi za wszelką cenę. Nie zamierzałam robić show, bo – choć prawdopodobnie potrafię – nie uważam, by mityng AA był dobrym do tego miejscem. Tu nie chodzi o formę, bo ta jest ulotna, a tylko treść jest w stanie uratować komuś życie (albo, żeby darować sobie te górnolotne porównania, choć sprawić, że postanowi wreszcie coś zmienić, bo… właśnie zobaczył, że rozwiązanie jednak istnieje).
Postanowiłam zrobić to najrzetelniej jak umiem, bez względu na tamte powarsztatowe spostrzeżenia, opowiadając o mojej drodze i odkryciach. Nie siląc się na jeszcze nowsze nowinki. I co? Zobaczyłam jak wydłużają się niektóre twarze, oczy szeroko otwierają, niektórym rzedną miny, innym płoną z wrażenia policzki. Oni jednak nie wiedzieli!
 
Ale nie piszę tego wszystkiego, żeby stroszyć piórka, bo też nie zrobiłam nic wielkiego. Powiedziałam tylko coś, co sama kiedyś odkryłam, co i mnie kiedyś ktoś powiedział i pokazał. Kilka godzin później zrozumiałam coś ważnego – że dostatek i bogactwo „programowej” wiedzy mają swoją cenę, swoją mroczną stronę. W moim mieście o Programie mówi się bardzo dużo. O sponsorach, podopiecznych, realizowaniu Kroków, sugestiach i zaleceniach. To dla nas codzienność. Wszystko już wiemy, osłuchaliśmy się. Nie ma szansy na wielkie oczy i wydłużone miny. O nie, nie wypadliśmy sroce spod ogona. Wiemy! Już wiemy! Tyle tylko, że parę zgrabnych sformułowań, dobrze brzmiących AA-owskich bon motów nie zastąpi duchowego przeobrażenia. Wiedzieć nie jest tym samym, co mieć. 
Skoro wiemy, nikłe szanse, że coś nas zaskoczy. A na pewnym etapie tylko zaskoczenie potrafi wybić z rytmu, z dobrze nakarmionego, wypasionego rytmu rutyny. Wiem, bo doświadczam tego, że tylko wtedy, gdy sama siebie zaskoczę własną reakcją czy myślą, mogę odkrywać kolejne pokłady moich – wciąż szkodliwych – przekonań i wad. I dopiero wtedy coś z nimi zrobić.


*



Pamiętam dawne rozmowy z przyjaciółmi alkoholikami, nasze pragnienia, żeby Program był dostępny dla każdego, żeby każdy mógł mieć sponsora. Nie widzieliśmy wszystkiego, nie przewidywaliśmy, bo i trudno było przewidzieć, że i w tej materii dostatek zaszkodzi. Dobrobyt rozleniwia. Rozmiękcza duchowo. Trzeba się mocno nastarać, żeby całkiem nie rozmiękczył. Skoro już wszystko mam i wiem, to po co się starać? Co mi zostaje, gdy już to wszystko zrobiłam? A może pojedź sto kilometrów od domu, posłuchaj ludzi i usłysz. Może zawieź nadzieję, zawieź rozwiązanie. Im tam jeszcze daleko do dobrobytu.



poniedziałek, 21 kwietnia 2014

122. nie przeoczyć łez w deszczu

Wiele lat temu (niedługo będzie 15) dostałam od przyjaciela książkę. Chciałam ją mieć i bardzo chciałam przeczytać. Próbowałam. Brałam do ręki i po stronie, dwóch, odkładałam z powrotem na półkę. Najpierw z niedowierzaniem, potem rozczarowaniem, wreszcie złością. Bo niczego nie rozumiałam. Książka była dla mnie za trudna (choć wtedy wolałam uznać, że jest dziwaczna albo nudna czy głupia, niż przyznać, że to mojemu umysłowi daleko do otwartości, że pewne rejony rzeczywistości są jeszcze poza moim zasięgiem). Musiała odstać prawie dekadę, żebym zaczęła rozumieć. Ta książka to Przebudzenie Anthonego de Mello. Nie o niej jednak chcę dziś pisać. Wspominam ją z dwóch powodów. To była pierwsza książka, która utkwiła w mojej świadomości jako niezrozumiała i która po jakimś, fakt, długim, ale jednak, czasie stała się zrozumiała i bardzo wartościowa, bo praktyczna (czyli wykorzystywalna w moim codziennym życiu). Po drugie, książka, z powodu której ten wpis się materializuje, w sposób niemal automatyczny przywołuje rzeczoną pozycję autorstwa byłego jezuity.

Przebudzenie Meszuge również traktuje o duchowości, ale w sposób, który zaskoczy niejednego czytelnika, w sposób, który po prostu uwielbiam i uważam za mistrzostwo świata: sprowadzanie pojęć abstrakcyjnych, trudnych (bo przeważnie pomijanych w rozważaniach, przemyśleniach oraz procesie wychowania i nauczania) do prostych, powszednich, doskonale znanych, i to każdemu, a nie jedynie wybrańcom, spraw i czynności. Tak, duchowość jest zwyczajna i powszednia. Nie, duchowość nie jest czymś oderwanym od rzeczywistości. Wręcz przeciwnie – duchowość jest elementem rzeczywistości i jednocześnie – jak sądzę i jak doświadczyłam – drogą do poznania i dotknięcia rzeczywistości. Jeśli chodzi o moje osobiste doświadczenie, jedyną dotychczas skuteczną (jeśli rozumieć „drogę” jako „narzędzie”). Zatem: proste i jakże trafiające do przekonania i wyobraźni „definicje” i krótkie opowieści o duchowości (zdecydowanie nie jest tożsama z religijnością, jak sama kiedyś uważałam i jak sądzi wielu, bardzo wielu, o czym się ostatnio zbyt często przekonuję), wartościach, cierpieniu, samodyscyplinie, uldze, rezygnacji (doprowadzonej do poziomu sztuki).

Z wiekiem i własnym rozwojem zmienił się mój sposób obcowania z książkami. Od jakiegoś czasu zdarza mi się znaczyć ołówkiem pewne zdania, większe fragmenty czy pojedyncze słowa. Prawdę mówiąc, nie przepadam za tym (wdrukowany przez babcię szacunek do słowa pisanego, do książek, ale też własne doświadczenie, że zaznaczenie wpływa na późniejszą, ponowną lekturę), ale korzyści z podkreślania przewyższają dyskomfort postępowania wbrew zwyczajom i przekonaniom sięgającym dzieciństwa. Przebudzenie Meszuge jest jedną z tych książek, które muszę czytać z ołówkiem w ręku, bo ciągle znajduję tam coś do zaznaczenia, coś co przyda mi się do podręcznego zestawu pojęć duchowych. Podręcznego, bo odkąd duchowość przestała być dla mnie sferą odległą, niepojętą i wysoce abstrakcyjną, tajemniczą czy wręcz magiczną, posługuję się nimi nad wyraz często, weryfikując je regularnie.

Autora Przebudzenia. Drogi do świadomego życia znam z książek o tematyce alkoholowej, a dokładniej rzecz ujmując, z książek prezentujących rozwiązania problemu alkoholowego. Ta najnowsza książka ma dla mnie też dodatkową wartość, i nie wiem, czy to nie największy jej plus: prawdy, rozwiązania, sposoby, narzędzia, poznane i wypracowane na bardzo konkretnym gruncie – choroby alkoholowej i wychodzenia z niej – zostały przedstawione w sposób uniwersalny, pożyteczny i przydatny dla każdego, kto zechce z nich skorzystać, a niekoniecznie jest uwikłany w uzależnienie, od alkoholu czy czegokolwiek. A to oznacza, że nie trzeba tkwić w AA-owskim getcie, do końca, mimo starań, zabiegów i realnych efektów, czuć się innym i być jak inny traktowanym. Można wejść do ludzkiej wspólnoty. Nie wejść po prostu, z pustymi rękoma, z nadzieją, że nikt się nie zorientuje i nie wytknie inności. Wejść z bardzo konkretnym darem, z czymś realnie wartościowym i przydatnym dla tej wspólnoty, czyli wejść jako członek równoprawny. Temu wszak służy trzeźwienie, przywróceniu jednostek chorych społeczeństwu. 

Osobiście jestem wdzięczna za dwie przytoczone przez Autora pierwszorzędne opowieści: o wypełnianiu dzbana oraz stłuczonej szklance. Niby znajome i jakieś takie przewidywalne, ale pokazały mi coś w innym świetle, sprawiły, że pewne rzeczy stały się bardziej zrozumiałe, że moja świadomość się pogłębiła.

I na koniec – postanowiłam zrobić kilka ćwiczeń i odpowiedzieć na kilka postawionych w książce – wyjątkowo wrednych, czyli bezlitośnie trafnych – pytań. Bo tę książkę można również potraktować jako swoisty zeszyt ćwiczeń. A ja już sprawdziłam, że wiedzieć (po przeczytaniu, pomyśleniu, porozmawianiu) to trochę za mało, żeby coś zmieniło się w życiu. Żeby coś zmieniło się w moim życiu, muszę coś zmienić w moim życiu. Zmienić. Nie myśleć o tym, nie rozmawiać, nie planować. Zrobić!  

czwartek, 10 kwietnia 2014

121. manowce cudne i zgubne

Odpoczywanie dla kogoś takiego jak ja potrafi być bardzo męczące… przynajmniej na początku. Nie dziwię się, że tak jest. Nikt mnie nie nauczył odpoczywać, nie widziałam odpoczywających rodziców, nie mam żadnych wzorców. Wszystkiego musiałam nauczyć się sama, wypracować odpowiedni dla mnie model. Ale ten wysiłek opłaca mi się podejmować, bo pamiętam moje stany – fizyczne, psychiczne i duchowe – kiedy zaniedbywałam sferę odpoczynku. Wolałabym to tego nie wracać i myślę, że moi bliscy również – jestem wtedy zupełnie bezproduktywna, nie tworzę dobrej energii w świecie, psuję ją i truję. A to już mi nie bardzo odpowiada.

*

Łagodność i zdrowa dyscyplina kiedyś mocno namieszały mi w głowie. To znaczy, ja sama przy ich pomocy wyprowadziłam się na manowce. Błądziłam tam dość długo, aż odkryłam, że mój pomysł na ten odcinek życia nie jest najlepszy, że może warto odkleić się od moich przekonań i sprawdzić, jak to naprawdę jest z łagodnością i dyscypliną. Dlaczego tak miła, ale jednocześnie trudna do osiągnięcia jest zdrowa łagodność. Dlaczego tak trudna i odpychająca owa dyscyplina (myśleli, że jak dokleją do niej słówko „zdrowa” to nikt się nie skapnie? Że ja tego nie wyłapię?)? Musiałam na nowo zdefiniować to pojęcie. Dla siebie, żeby móc ruszyć z tematem. Czym jest dyscyplina, a dokładniej – samodyscyplina, bo to ona ma kluczowe znaczenie w realizacji wyznaczonych wcześniej celów i rozpisanych planów, również tych, dotyczących odpoczynku. To umiejętność robienia tego, co powinieneś robić, wtedy, kiedy powinieneś to robić, nieważne, czy masz na to ochotę czy nie. Musiałam też przyswoić sobie dość banalną umiejętność, której jednak przez całe wcześniejsze życie z różnych powodów nie nabyłam: najpierw sprawy najważniejsze, najpierw praca, potem zabawa. To była prawdziwa rewolucja w moim życiu – najpierw wykonać pracę, a później obejrzeć film, który miał być nagrodą (dawniej wiele razy zdarzało mi się nabierać samą siebie na numer „tylko rzucę okiem, jaka uczta mnie czeka” i jakoś… dziwnym trafem ocknąć się z tego oszustwa przy napisach końcowych).


Wbrew pozorom, w nauce odpoczynku nie pomogła mi wcale „łagodność”, którą kiedyś najwyraźniej pomyliłam z folgowaniem sobie, a odpowiedzialność. Oczywiście, podobnie jak „dyscyplina” na nowo zdefiniowana jako konieczność, obowiązek moralny lub prawny odpowiadania za swoje czyny i ponoszenia za nie konsekwencji; odpowiadanie przed kimś, wobec kogoś za kogoś lub za coś. Tak, musiałam zacząć wreszcie odpowiadać przed sobą za moje zaniedbania względem siebie. Byłam w stanie to zrobić dopiero wtedy, gdy pojawiły się pierwsze konsekwencje mojego do tej pory zbyt beztroskiego podejścia do życia i własnego organizmu. Nagle okazało się, że nie mam 20 lat, że moje ciało reaguje na różne wyskoki inaczej niż w tej bajecznej młodości, że być może nawet... ja jestem… śmiertelna! Gdy zaczęło boleć poszłam po rozum do głowy (prawdopodobnie nie doszłoby do tego, gdyby nie praca nad programem 12 Kroków AA, wcześniej nie byłam zdolna do podporządkowania się czemukolwiek, nawet wymaganiom własnego organizmu). Będąc odpowiedzialną, musiałam wyznaczać sobie czas na odpoczynek. Kiedyś tego nie umiałam. Pracowałam bardzo intensywnie, byle szybciej i krócej, byle bliżej do słodkiego lenistwa. Praca do wycieńczenia była, przy okazji, doskonałym alibi dla późniejszego nic nierobienia. Byłam usprawiedliwiona, przed innymi i co najważniejsze, przed samą sobą. Skoro tak się naharowałam, to teraz chyba mi się należy, prawda? Ale nic-nie-robienie bardzo mi szkodziło. Nuda jest wielkim wrogiem człowieka. Męczyłam się sama ze sobą, nie wiedziałam, jak spożytkować energię, wpadałam na dziwaczne, głupie i mało konstruktywne pomysły. W głowie włączała się wirówka, myśli nie dawały mi spokoju. Mało tego, moje lenistwo przeciągałam do granic możliwości, powodując kolejne spiętrzenie już czekających prac i zleceń. W ten sposób koło się zamykało. 



Dlatego musiałam podejść do sprawy konstruktywnie. Zastosować zasady samodyscypliny, napisać plan i się do niego stosować. Spacery, długie i szybkie marsze, basen, joga stały się koniecznością. Tylko niektóre z nich sprawiały mi przyjemność, ale wiedziałam, że wszystkie są niezbędne albo przynajmniej bardzo wskazane dla mojego ciała i, jak stosunkowo szybko zauważyłam, ducha. Najtrudniej było z wyłączeniem się z trybu on-line i z uregulowaniem snu. Mam wolny zawód, więc godziny pracy biura mnie nie obowiązują. Muszę się zmuszać do wstawania od komputera, patrzenia w okno, przeciągania się, przejścia kilku kroków, zrobienia obiadu, wyjścia po bułki lub pod jakimkolwiek innym pretekstem. A wieczorem… Zapakować się do łóżka przed 23 wciąż udaje mi się nieczęsto. Jednak wiem, że to wszystko, poza rzadkimi wypadkami, kwestia mojej decyzji i priorytetów, a tak naprawdę duchowej schludności.

Mimo wszystko, absolutnie i całkowicie umiem odpocząć tylko na wakacjach. Wtedy, gdy wyjeżdżam, nie zajmuję się niczym innym, nawet towarzyskimi sprawami, nie mam żadnych obowiązków. Mogę leżeć na trawie czy piasku i czytać książki, stosy książek, gapić się w morze i korony drzew, godzinami łazić po lesie i jeździć na rowerze. Wreszcie nigdzie się nie spieszyć. Nie zabierać ze sobą żadnych spraw i zaległości, które po powrocie będą jeszcze większymi zaległościami, a teraz byłyby pretekstem do ucieczki od siebie. Od pewnego czasu takie mini wakacje udaje mi się organizować w weekendy – w końcu czekanie cały rok na 10 czy 14 dni laby może przygnębić i nie stanowi już wystarczająco dużej zachęty do wielomiesięcznego wysiłku. Nie planuję wtedy pracy, odbieram tylko niezbędne telefony – również od znajomych, bo odkryłam, że godzinna rozmowa przez telefon wyciąga ze mnie tyle energii, co dwie albo i trzy godziny zawodowych zajęć. Realizuję „program active”: nordic walking – sauna – spacer – kino – basen. I choć czasem się do tego odpoczynku zmuszam, to wiem dobrze, że bez tego długo nie pociągnę. A jednak bym chciała, bo jest mi coraz fajniej na tym świecie.


204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...