Stowarzyszenie
Umarłych Poetów musiałam oglądać na początku liceum. Nie
pamiętam, co dokładnie czułam ani jakie miałam refleksje. Byłam
przejęta, ale czym? Czy rozumiałam/usłyszałam zachętę do
samodzielnego myślenia i szukania własnych ścieżek? Śmiem
wątpić, ale nic sobie za to nie dam uciąć. Z tamtej projekcji
zapamiętałam długie wędrówki Kapitana z uczniami w pejzażach,
które zapierają dech w piersi (z takimi Weira kojarzę) i ostatnią
scenę, na której ryczałam i za którą byłam wściekła, bo ktoś
przecież mógł te łzy zobaczyć, a wtedy straciłabym twarz –
ja, taka poważna, taka twarda nastolatka! I tyle mam z tej mojej
pamięci–niepamięci.
Tym razem uderzyło mnie
coś, co dobrze znam i co w sobie namierzyłam – kawałek człowieka
bez nie. Jak trudno zawalczyć
o swoje, o siebie, jak trudno się przeciwstawić, wyjść z zastałego układu… Łatwiej (?) dokonać samozniszczenia niż powiedzieć nie. A raczej, to nie jest tak niewyobrażalne, że pozostaje tylko samozniszczenie. Bo nie wie się, nie czuje wtedy, że niewypowiedzenie go jest bardzo kosztowne. Niektórzy nie wiedzą, nie dowiedzą się i nie chcą czuć, do końca. Ciężkie, całkiem realne, namacalne podczas badań i prześwietleń, śmiertelne schorzenia nie mogą mieć przecież nic wspólnego z ulotną cichą rozpaczą, chronicznym milczeniem, podczas którego całe wnętrze krzyczy, że nie, nie, nie!
o swoje, o siebie, jak trudno się przeciwstawić, wyjść z zastałego układu… Łatwiej (?) dokonać samozniszczenia niż powiedzieć nie. A raczej, to nie jest tak niewyobrażalne, że pozostaje tylko samozniszczenie. Bo nie wie się, nie czuje wtedy, że niewypowiedzenie go jest bardzo kosztowne. Niektórzy nie wiedzą, nie dowiedzą się i nie chcą czuć, do końca. Ciężkie, całkiem realne, namacalne podczas badań i prześwietleń, śmiertelne schorzenia nie mogą mieć przecież nic wspólnego z ulotną cichą rozpaczą, chronicznym milczeniem, podczas którego całe wnętrze krzyczy, że nie, nie, nie!
Wiele już razy
przyłapałam w mojej głowie myśl, że może z tym całym
alkoholizmem nie wylądowałam wcale tak źle. W ramach buntu,
niezgody, niemożności wybrnięcia z sytuacji mogłam skończyć w głębokiej depresji, szpitalu dla obłąkanych czy na cmentarzu (wiem, wiem,
alkohol jest skuteczną przepustką do wszystkich tych miejsc i jak
się postaram, to wszystko jeszcze przede mną). Wiem, że ucieczka w
picie to autoagresja, samozniszczenie. Byłam na tej drodze. Ale
żywa! A póki życia, póty nadziei.
*
Natknęłam się kiedyś
w Wielkiej Księdze (książce Anonimowi Alkoholicy) na zdanie,
którego mimo wielokrotnego czytania nie byłam w stanie zrozumieć,
a raczej odnieść go do konkretnej sytuacji, sprawić, żeby
przestało być abstrakcją: Znam wiele sytuacji wynikających z
konieczności picia, które powodują, że ludzie ci są raczej
skłonni do największych wyrzeczeń niż do podjęcia walki. Siedzieliśmy nad nim
potem jakiś czas ze sponsorem i w końcu wyszła mniej więcej taka
translacja (z polskiego na nasze): Znam wiele wewnętrznych stanów
wynikających z głodu alkoholowego i obsesji picia, które powodują,
że ludzie ci są raczej skłonni do rezygnacji z najgłębszych
marzeń, planów, celów, niż do podjęcia walki (żeby się nie
napić). Po seansie dodałabym: żeby wypowiedzieć to groźne, bo nieprzewidywalne w konsekwencjach NIE.