poniedziałek, 6 października 2014

129. śmierć czai się w uległości

Stowarzyszenie Umarłych Poetów musiałam oglądać na początku liceum. Nie pamiętam, co dokładnie czułam ani jakie miałam refleksje. Byłam przejęta, ale czym? Czy rozumiałam/usłyszałam zachętę do samodzielnego myślenia i szukania własnych ścieżek? Śmiem wątpić, ale nic sobie za to nie dam uciąć. Z tamtej projekcji zapamiętałam długie wędrówki Kapitana z uczniami w pejzażach, które zapierają dech w piersi (z takimi Weira kojarzę) i ostatnią scenę, na której ryczałam i za którą byłam wściekła, bo ktoś przecież mógł te łzy zobaczyć, a wtedy straciłabym twarz – ja, taka poważna, taka twarda nastolatka! I tyle mam z tej mojej pamięci–niepamięci.
Tym razem uderzyło mnie coś, co dobrze znam i co w sobie namierzyłam – kawałek człowieka bez nie. Jak trudno zawalczyć
o swoje, o siebie, jak trudno się przeciwstawić, wyjść z zastałego układu… Łatwiej (?) dokonać samozniszczenia niż powiedzieć nie. A raczej, to nie jest tak niewyobrażalne, że pozostaje tylko samozniszczenie. Bo nie wie się, nie czuje wtedy, że niewypowiedzenie go jest bardzo kosztowne. Niektórzy nie wiedzą, nie dowiedzą się i nie chcą czuć, do końca. Ciężkie, całkiem realne, namacalne podczas badań i prześwietleń, śmiertelne schorzenia nie mogą mieć przecież nic wspólnego z ulotną cichą rozpaczą, chronicznym milczeniem, podczas którego całe wnętrze krzyczy, że nie, nie, nie!
Wiele już razy przyłapałam w mojej głowie myśl, że może z tym całym alkoholizmem nie wylądowałam wcale tak źle. W ramach buntu, niezgody, niemożności wybrnięcia z sytuacji mogłam skończyć w głębokiej depresji, szpitalu dla obłąkanych czy na cmentarzu (wiem, wiem, alkohol jest skuteczną przepustką do wszystkich tych miejsc i jak się postaram, to wszystko jeszcze przede mną). Wiem, że ucieczka w picie to autoagresja, samozniszczenie. Byłam na tej drodze. Ale żywa! A póki życia, póty nadziei.

*


Natknęłam się kiedyś w Wielkiej Księdze (książce Anonimowi Alkoholicy) na zdanie, którego mimo wielokrotnego czytania nie byłam w stanie zrozumieć, a raczej odnieść go do konkretnej sytuacji, sprawić, żeby przestało być abstrakcją: Znam wiele sytuacji wynikających z konieczności picia, które powodują, że ludzie ci są raczej skłonni do największych wyrzeczeń niż do podjęcia walki. Siedzieliśmy nad nim potem jakiś czas ze sponsorem i w końcu wyszła mniej więcej taka translacja (z polskiego na nasze): Znam wiele wewnętrznych stanów wynikających z głodu alkoholowego i obsesji picia, które powodują, że ludzie ci są raczej skłonni do rezygnacji z najgłębszych marzeń, planów, celów, niż do podjęcia walki (żeby się nie napić). Po seansie dodałabym: żeby wypowiedzieć to groźne, bo nieprzewidywalne w konsekwencjach NIE

wtorek, 30 września 2014

128. lata lecą

Spodziewałam się wizyty przyjaciół. Dłuższej, z noclegami. Trzeba było przystosować wnętrza (po prostu trochę ogarnąć na co dzień nie ogarniane kąty). Zabrałam się do prac dziarsko – co zdziwiło mnie samą – i nagle się okazało, że właśnie oto przemeblowałam pół pokoju. Przy szarpaniu się z kablami przewróciłam lampę, ta zahaczyła o półkę, z półki spadło pudło, z którego wysypały się drobiazgi. Między innymi płyta, której szukałam ze dwa lata. Szukałam to za wiele powiedziane. Zastanawiałam się, intensywnie, ale jednak tylko zastanawiałam, gdzie też może być. I że fajnie by było znowu jej posłuchać, piosenki siedziały mi w głowie, wierciły się coraz niecierpliwiej. No i proszę. Miło. Dźwięki przyjemne, jakieś takie jesiennie przymglone. Zaraz potem pojawiły się obrazy.

*


Wtedy też był wrzesień. Pogoda podobna. Szeleszczące rude liście, cudowne lśniące kasztany, słońce oblewające złotem drzewa. Dużo się działo, sporo zmian w życiu. Wreszcie wolność. Już myślałam, że wiem, że złapałam trop i idę właściwą drogą, w zasadzie wystarczy jeszcze parę kroków i będę to miała. Ogarnę to, właściwie już ogarnęłam, najtrudniejsze za mną, teraz będzie inaczej, bo teraz przecież ja wiem!

*

Musiało minąć kolejnych 8-9 lat, żebym w pełni pojęła i zaakceptowała, że niekoniecznie wiem, a już na pewno, że sama nie ogarnę, że moje ogarnianie prowadzi do skutków opłakanych. Moimi ciężkimi łzami, których nie chcę i się ich wstydzę. Że muszę zrobić coś innego niż zawsze. Najpierw znaleźć to coś. Udało się – znalazłam (choć celniej byłoby powiedzieć: zobaczyłam/odkryłam/otworzyłam się/przyjęłam). A potem podporządkować się. Nigdy tego nie lubiłam. Póki sił, póty buntu i przekory, i po swojemu. Ale wtedy nie miałam już siły. Sama niczego bym już nie wymyśliła i nie stworzyła. I wtedy zaczęło się na dobre i naprawdę. A teraz moje życie wygląda zupełnie inaczej, nie tylko inaczej niż w czasach pijanego poplątania. Inaczej, niż wtedy, gdy już od kilku lat na sucho sądziłam, że jestem na prostej (podczas gdy tak naprawdę pętliłam sobie kolejną spiralę do długiego, emocjonującego zjazdu), że teraz to już tylko zbierać, nadrabiać, otaczać się pięknymi przedmiotami, lampami, obrazami, luksusowymi ubraniami i kosmetykami, wybitnymi ludźmi, jazzem i nowoczesną prozą amerykańską.

Nadal wzrusza mnie piosenka o dziewczynie z sąsiedniego pokoju, ale cieszę się, że mogę jej słuchać w tak innym miejscu siebie.  

wtorek, 9 września 2014

127. bezkrwawe zbrodnie

– Dopiero w Szwecji uświadomiłem sobie, że byłem chory na ironię, i to bardzo mi się nie podoba u tego młodego człowieka, którym byłem. Może to zresztą była choroba pokolenia. Kocham Herberta, ale jego afirmacje ironii potraktowałem chyba niedojrzale. W Polsce za komuny trzeba było być ironicznym, by nie zwariować, a że jeszcze dopatrywałem się w tej postawie wysublimowanej inteligencji, więc ironii nadużywałem. A od ironii bardzo blisko do oschłości serca i dalej do cynizmu.



Ironia jest, moim zdaniem, konieczna. 



– Ale nie bez przerwy. Człowiek tak ironiczny jak ja wtedy niczego nie mówi wprost. Niczego nie komunikuje, tworzy wokół siebie otoczkę względności i nie można do niego dotrzeć, ucieka od drugiego człowieka. Z osobą zawsze ironiczną nie ma kontaktu.
 

*


Gdy robię przegląd moich lat picia, przypominam sobie wielu ludzi, którzy tylko okazjonalnie otarli się o moje życie, ale których dni zakłóciłem swoją złością i sarkazmem. 
Codzienne Refleksje, s. 301.



Pamiętam pewną rozmowę sprzed wielu lat. Nie piłam już dłuższy czas, jakoś już sobie, myślałam, że nawet nieźle, radziłam w zwykłych relacjach, z normalnymi ludźmi (jeszcze wtedy dzieliłam ludzi na normalnych i alkoholików). Moja znajoma z obszaru zawodowego, z którą – to akurat wiedziałam i czułam – naprawdę się lubiłyśmy, powiedziała nagle: Boję się z tobą rozmawiać, bo nigdy nie wiem, co mnie spotka, czy odpowiesz poważnie czy złośliwie mnie wyśmiejesz. Lubiłam ją, nie czułam żadnego zagrożenia, nie musiałam się bronić, nie sądziłam, że sprawiam jej przykrość. A jednak… Wiem, że siałam to bezmyślnie, bez opamiętania i zastanowienia. Odruchowo. Ot tak, po prostu. Wiem, że skrzywdziłam w taki sposób znacznie więcej osób, niż jestem w stanie sobie przypomnieć. Wiem, od pewnego czasu bardzo dobrze, że już nie chcę nikogo w taki sposób traktować. Bo nikt na to nie zasługuje. Zwłaszcza gdy ironia niebezpiecznie ociera się o pogardę.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

126. zlot i odloty

Nigdy nie lubiłam dużych spędów – tłumy mnie męczą albo i gorzej. Ale tego spędu zwyczajnie nie mogłam i nie chciałam sobie odpuścić. Może dlatego, że od jakiegoś czasu sprawy Wspólnoty AA po prostu mnie interesują, bo są również moimi sprawami, a może dlatego, że nadarzała się okazja, by wreszcie wyrównać niewygodną lukę niewiedzy, zaczynającą uwierać na dźwięk zdań: Pięć lat temu we Wrocławiu… Na zlocie w Krakowie… Postanowiłam, że pojadę, zobaczę i od tej pory będę już wiedziała.

* Spotkanie w jednym miejscu tak wielu znajomych alkoholików z całej Polski, i nie tylko Polski, to fantastyczna sprawa, choć może wprowadzać w dziwny stan ni to emocjonalnego upojenia, ni męczącego niezdecydowania. Ale zrobiło wrażenie. I szczerze ucieszył widok niewidzianych po kilka lat twarzy. Aspekt towarzyski musiał jednak w którymś momencie zejść na plan dalszy.

* Przemieszczanie się w takim tłumie alkoholików pobudza do refleksji. Jak szepnął mi przyjaciel z Londynu, chcesz czy nie, uczy pokory, bo w takim miejscu, bez względu na to, co robisz w AA na co dzień, naprawdę jesteś tylko jednym z wielu. I to nie musi być wcale miła lekcja, ale już wiem, że najważniejsze lekcje do najmilszych nie należą.

* „Ceremonia” odliczania lat trzeźwości kilku tysięcy osób trochę trwa, ale pozwala zobaczyć, że można nie tylko nie pić blisko 50 lat, ale być przy tym tak pełnym życia jak dwudziestolatka, i mimo zdecydowanie zaawansowanego wieku pracować z kilkoma podopiecznymi!

* Wspólnota AA jest naprawdę doceniana za to, co robi dla społeczności. Nawet w Polsce. Nawet współcześnie. Usłyszeć to od ludzi, z którymi AA współpracuje, to jakby zobaczyć kogoś dobrze znanego w zupełnie nowym świetle, jako osobę znacznie atrakcyjniejszą, ważniejszą, niż sądziło się dotychczas. Pierwszy raz tak mocno i wyraźnie zetknęłam się z uznaniem działań Wspólnoty. I poczułam, że przynależność do AA to coś ważnego i cennego, że to mnie w pewien sposób nobilituje (i co za tym idzie, oczywiście zobowiązuje).

* Alkoholicy z różnych części kraju i świata są różni i to może drażnić (bo reagują, zachowują się inaczej niż jestem przyzwyczajona, niż się spodziewam), ale też wzbogacać o nowe spojrzenie na stare sprawy – wystarczy pójść na mityng i posłuchać kogoś z drugiego końca Polski albo drugiego kontynentu.

* Mimo tych różnic i odległości o duchowości mówimy podobnie, zwłaszcza o odkryciach w tej sferze – spotkanie o Kroku 11 było jednym z najciekawszych i najbardziej poruszających mityngów, na jakich byłam podczas Zlotu 40-lecia AA w Polsce. 
Było wręcz elektrycznie!

* Modlitwa o pogodę ducha w piętnastu różnych językach świata brzmi niezwykle wzruszająco, a widok kilku tysięcy ludzi, trzymających się za ręce i mówiących ją jednym głosem może na długo stać się wstępem do medytacji nad takimi pojęciami, jak jedność i wspólnota.

środa, 23 lipca 2014

125. a jednak safari

Krótka rozmowa z młodą alkoholiczką. Poznałam ją z rok temu. To był jej drugi mityng, wysłali ją z terapii. Podeszłam do niej odruchowo, zanim jeszcze zdążyły się z sensem uruchomić wyuczone nawyki z gatunku „jesteś tu po to, żeby oddawać” (fakt, wsparte czymś, co niewiele ma wspólnego z nawykiem, a tym bardziej treningiem – zwykłą/niezwykłą solidarnością z wystraszonym nieszczęściem – ale to wszystko działo się w najbardziej zakręconych zakamarkach umysłu, więc nie miało czasu dotrzeć do świadomości, dopiero potem, długo potem, zrozumiałam, że istnieje). Podeszłam, bo wyglądała jak malutki drżący szczeniaczek w zacieśniającym się kręgu podgłodniałych drapieżników. Była słodka, tak naiwną słodyczą, że aż irytującą. Milutka dwudziestoparolatka, choć wyglądała jak dziecko, z czarnymi oczami, mleczną skórą i odętymi ustami. I jeszcze ten rozbrajający, błagalno-przymilny uśmiech: przytulcie mnie, zaopiekujcie się mną... Podeszłam, może dlatego, żeby przytulili trochę mniej porywczo.

*


Rozmawiamy sobie dość luźno, co słychać, bo dawno się nie wymieniałyśmy tym, co słychać. Opowiada o terapii, mityngach i o tym, że znalazła takie nawet w porządku, jeden niekoniecznie dla alkoholików, drugi kobiecy, trzeci właściwie bardziej grupa wsparcia niż mityng. Pytam, ze zwykłej ciekawości, czemu nie chodzi na klasyczne mityngi AA. Bo dostaję zbyt wiele niechcianych propozycji. Ostatnio podszedł alkoholik i wprost powiedział, że ma na mnie ochotę. A ja nie chcę tego słuchać. Nie chcę! Głos podchodzi na ułamek sekundy odrobinę za wysoko, piszcząco, a ja dokładnie wiem, o czym mówi. Też miałam dwadzieścia parę lat, gdy przyszłam do AA, też miałam wielkie mokre oczy i ze strachu wiecznie przyklejony do twarzy przymilny uśmieszek. I aż nazbyt dobrze pamiętam kalkulacje: zaczynają się mityngi świąteczne, czyli siedzę w domu – nie zniosę kolejnej serii obściskiwania przez 30 facetów, z których połowę widzę pierwszy raz na oczy. Pamiętam też mityng, z którego musiałam odejść, bo nie umiałam sobie inaczej poradzić z nachalnym adoratorem, który nie reagował na mowę ciała, dystans, nieśmiałe sugestie (tresowana od dziecka na grzeczną uległą dziewczynkę jakoś nie potrafiłam załatwić sprawy krótkim cięciem, ulicznym gestem, prostym żołnierskim słowem). Pamiętam twardą rękę strachu, złości i żalu, zaciskającą się na moim ramieniu, gdy rok później wszedł na mityng, który oswoiłam, który był mój. A potem rozmowy z dobrymi trzeźwymi kolegami z AA i naukę chwytu sztywny łokieć.

Dlaczego opowieść mojej młodziutkiej koleżanki tak mnie poruszyła? Przecież to temat stary, dobrze znany, zawsze było i będzie, oswojony może nawet i jakiś taki za szybą (mogę sobie tłumaczyć, że mało we mnie zostało naiwnej słodyczy, ale wiem przecież, że i wiek robi swoje). Tak, pomyślałam, że to może ostatni dzwonek na taki tekst. Za dwadzieścia lat i kilo (a może już tylko za dziesięć) mogę nadziać się na niezbyt przyjemną ripostę, że pewnie zazdroszczę, że też bym chciała… Nie, nie chciałabym i nigdy nie chciałam. W to miejsce przyszłam, żeby przeżyć, a nie żeby szukać przygód. Choć rozumiem, że niektórym Wspólnota AA służy i do tego. I w zasadzie może być i tak, pod jednym wszakże warunkiem, dokładnie opisanym na 119 stronie książki Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji. Dużo gorzej, kiedy ci, którzy najbardziej potrzebują pomocy, nie mogą jej przyjąć, bo muszą uciekać przed niechcianymi zalotami samozwańczych don juanów.

Nie jestem specjalną miłośniczką mityngów jednopłciowych, ale w sytuacjach takich, jak ta, trudno by mi było przekonywać kogokolwiek, że koedukacyjne lepsze (cokolwiek się za tym „lepszym” kryje). Słyszałam też historie początkujących alkoholiczek, którym mąż, partner czy chłopak zakazał chodzić na mityngi, bo obściskiwanie się z obcymi facetami jakoś nie wygląda na niby-trzeźwienie…  Wiem, że obściskiwanie się i te wszystkie misiaczki raczej rzadziej niż częściej mają jakieś podteksty. Zwykle nie ma w nich niczego więcej poza radością z tego, że się widzimy, że wciąż jesteśmy trzeźwi. Sama czasem to robię – z tymi, których znam długo i lubię. Ale czasem bym się jednak zastanowiła, czy na pewno każdemu to pasuje? Może nie każdy ma nieodpartą potrzebę bliskości i coraz większego skracania dystansu?

Podejrzewam, że istnieją również aowskie lamparcice, ciekawa jestem, jak alkoholicy mężczyźni sobie z nimi radzą?

poniedziałek, 30 czerwca 2014

124. wredne pytanie

Czasem ktoś ci zada takie pytanie: niby nic, niby prosta sprawa, niby ciebie tak bardzo nie dotyczy, właściwie to pytanie dość ogólne jest, ale… jakoś tak nieprzyjemnie się robi. Bo niby niewinne pytanie osadzające się pylistym dźwiękiem wewnątrz głowy, jakoś tak nieprzyjemnie drażni. I już po chwili wiesz, czemu drażni. Bo to bardzo wredne, podstępne pytanie!

*


Nie lubię takich pytań, choć prawdę mówiąc przynoszą mi najwięcej korzyści. Później, gdy się już z nimi uporam, ułożę. Ale zanim to się stanie, zwyczajnie ich nie lubię. Nie lubię widzieć, że nie jestem taka, jak sądziłam, jak sobie mimo wszystko wyobrażałam, a nawet roiłam. Bo takie pytanie, całkiem przy okazji, obnaża fakt, że te fragmenty myślenia o sobie, to nic ponad rojenia właśnie.
Ale do rzeczy! Za co dokładnie nie lubię kolegi, który zadał pytanie na jednym z forów, na internetowej grupie dla alkoholików? Bo przez niego musiałam przyznać, że jeszcze sporo mi brakuje do wizji działaczki-współpracowniczki. Otwartej na ludzi. Rozumiejącej ludzi. Lubiącej, a nawet kochającej ludzi. Naprawdę sporo.
Pytanie dotyczyło Tradycji Piątej, choć tak naprawdę spraw dużo szerszych: 
Czy mam z kimś wspólne cele i czy potrafię działać w grupie?
Uch!?! W grupie… Ale po co zaraz w grupie? Potrafię świetnie działać, jestem skuteczna, jestem obrotna i kreatywna, ale… po co w to mieszać innych? Inni komplikują, spowalniają, wypaczają, przeszkadzają, psują wreszcie. Inni to kłopot. A ja się te kłopoty nauczyłam omijać doskonale. Kiedyś, dawniej, już w dzieciństwie. A skoro coś dobrze działa, to po co zmieniać?
No, tak, wiem dobrze po co, wiem, do czego prowadzą samotne wycieczki alkoholika (alkoholiczki) o wybujałych instynktach wszelakich! I wiem, że w pojedynkę mniej mogę osiągnąć niż w grupie. I jeszcze przeczuwam, a czasem już nawet czuję, że duchowa korzyść z działań wspólnych jest większa niż z występów solowych.
Między egocentryczną egoistką a otwartą na współpracę i ludzi społecznicą są przystanki pośrednie. Na razie zatrzymałam się na przystanku mniej lub bardziej bezinteresowne działania na rzecz innych są w porządku, są w zasięgu moich możliwości. Ale póki co, wciąż łatwiej robić mi coś „dla” niż „z”.

Tymczasem, ja mam się nauczyć nie tylko działać (co też musiałam zrewidować, bo owszem, działałam, tyle że czasem bezmyślnie, impulsywnie, bez planu i często bez pozytywnych i zadowalających efektów), ale współdziałać. W relacjach interpersonalnych zawsze coś mi szwankowało. A najbardziej wtedy, gdy trzeba było coś rozwiązywać – kolektywnie. Sama mogłam uratować świat. Ale dzielić się z innymi troską, obowiązkami i triumfem (Tu cię mam!)???
Tak całkiem przy okazji zauważyłam, że im głębszą z kimś osiągnę więź, tym większa gotowość do rezygnacji z używania moich wad, forsowania moich najlepszych ze wszystkich pomysłów czy stawania okoniem (czyli: A róbta se sami, nie będę rzucać pereł przed wieprze). A jeśli do tego wszystkiego jestem w stanie zobaczyć jakiś wspólny cel… tak, to zdecydowanie zwiększa szanse na współpracę. Najważniejsze zatem, żebym zechciała (żeby mi się chciało) podjąć wysiłek szukania wspólnego celu – różnych, rozmaitych, w różnych wspólnotach – wtedy współdziałanie będzie dużo prostsze. 

poniedziałek, 26 maja 2014

123. pułapki dobrobytu

Jakiś czas temu byłam na warsztatach kroków AA. To cykliczne warsztaty i mój szósty czy siódmy w nich udział – mam pewną bazę do porównań. Po tej ostatniej edycji dotarło do mnie, że coś się zmieniło, nawet bardzo. Na te spotkania kilka lat temu trafiłam jako nowicjuszka przedprogramowa (nie piłam już wiele lat, ale Program AA miał się dopiero o mnie upomnieć). Wtedy i przez kolejne spotkania alkoholicy, w tym ja, wyjeżdżali stamtąd lekko albo dużo bardziej oszołomieni nowinami, które tak naprawdę nie są i nie były żadną tajemnicą, od 70 lat są Anonimowym Alkoholikom wiadome i ogólnie dostępne. Właśnie od takiego oszołomienia zaczęła się moja przygoda z Programem, przygoda, która odmieniła moje życie. 
Głównym zadaniem tych warsztatów – jak się okazywało – było pokazanie/przekonanie, że Program to działanie, i że samotnie i samodzielnie nie da się przezeń przejść, że niezbędny do tego jest sponsor. I faktycznie, tak się działo przez jakiś czas – alkoholikom spadały łuski z oczu, zaczynali rozumieć, a zaraz potem znajdowali sponsorów i brali się do roboty. I właśnie na tych ostatnich warsztatach okazało się, że… prawie wszyscy mają sponsorów i realizują Program. Że wszystko wiedzą, trudno ich czymkolwiek zaskoczyć. No, cóż, czasy się zmieniły, tego przecież chcieliśmy – żeby wreszcie każdy alkoholik trafiający do Wspólnoty mógł bez problemu znaleźć realną pomoc. W prowadzeniu spotkań i warsztatów nie chodzi zresztą o to, żeby wyciągać wciąż nowe króliki z kapelusza. Tylko… coś jednak nie do końca mi pasowało.


*



Parę dni temu miałam okazję pojechać w miejsce, w którym nigdy nie byłam, na mityng, do ludzi, których na oczy nie widziałam – to zawsze jest ciekawa i rozwijająca sprawa. Po warsztatowych doświadczeniach mocno się jednak zastanawiałam, co i jak mówić do alkoholików, którzy na tę moją spikerkę przyjdą, żeby mieli z mojej opowieści korzyść, żeby coś z niej wynieśli. Chciałam, żeby było z pożytkiem, ale wiedziałam, że nie mogę i nie chcę utrzymywać czyjejś uwagi za wszelką cenę. Nie zamierzałam robić show, bo – choć prawdopodobnie potrafię – nie uważam, by mityng AA był dobrym do tego miejscem. Tu nie chodzi o formę, bo ta jest ulotna, a tylko treść jest w stanie uratować komuś życie (albo, żeby darować sobie te górnolotne porównania, choć sprawić, że postanowi wreszcie coś zmienić, bo… właśnie zobaczył, że rozwiązanie jednak istnieje).
Postanowiłam zrobić to najrzetelniej jak umiem, bez względu na tamte powarsztatowe spostrzeżenia, opowiadając o mojej drodze i odkryciach. Nie siląc się na jeszcze nowsze nowinki. I co? Zobaczyłam jak wydłużają się niektóre twarze, oczy szeroko otwierają, niektórym rzedną miny, innym płoną z wrażenia policzki. Oni jednak nie wiedzieli!
 
Ale nie piszę tego wszystkiego, żeby stroszyć piórka, bo też nie zrobiłam nic wielkiego. Powiedziałam tylko coś, co sama kiedyś odkryłam, co i mnie kiedyś ktoś powiedział i pokazał. Kilka godzin później zrozumiałam coś ważnego – że dostatek i bogactwo „programowej” wiedzy mają swoją cenę, swoją mroczną stronę. W moim mieście o Programie mówi się bardzo dużo. O sponsorach, podopiecznych, realizowaniu Kroków, sugestiach i zaleceniach. To dla nas codzienność. Wszystko już wiemy, osłuchaliśmy się. Nie ma szansy na wielkie oczy i wydłużone miny. O nie, nie wypadliśmy sroce spod ogona. Wiemy! Już wiemy! Tyle tylko, że parę zgrabnych sformułowań, dobrze brzmiących AA-owskich bon motów nie zastąpi duchowego przeobrażenia. Wiedzieć nie jest tym samym, co mieć. 
Skoro wiemy, nikłe szanse, że coś nas zaskoczy. A na pewnym etapie tylko zaskoczenie potrafi wybić z rytmu, z dobrze nakarmionego, wypasionego rytmu rutyny. Wiem, bo doświadczam tego, że tylko wtedy, gdy sama siebie zaskoczę własną reakcją czy myślą, mogę odkrywać kolejne pokłady moich – wciąż szkodliwych – przekonań i wad. I dopiero wtedy coś z nimi zrobić.


*



Pamiętam dawne rozmowy z przyjaciółmi alkoholikami, nasze pragnienia, żeby Program był dostępny dla każdego, żeby każdy mógł mieć sponsora. Nie widzieliśmy wszystkiego, nie przewidywaliśmy, bo i trudno było przewidzieć, że i w tej materii dostatek zaszkodzi. Dobrobyt rozleniwia. Rozmiękcza duchowo. Trzeba się mocno nastarać, żeby całkiem nie rozmiękczył. Skoro już wszystko mam i wiem, to po co się starać? Co mi zostaje, gdy już to wszystko zrobiłam? A może pojedź sto kilometrów od domu, posłuchaj ludzi i usłysz. Może zawieź nadzieję, zawieź rozwiązanie. Im tam jeszcze daleko do dobrobytu.



204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...