niedziela, 24 maja 2015

149. jak to drzewiej bywało…

Zawsze lubiłam słuchać o dawnych czasach. Jako dziecko przepytywałam babcie z ich życia (A jakie wtedy były zabawki? Też nosiłaś warkoczyki?) i chłonęłam wszystkie opowieści o tym, czego już nie ma i dlatego trochę trudno było to sobie wyobrazić. Przez lata sądziłam, że fatalnym zrządzeniem losu trafiłam w niewłaściwą epokę. Bo to, co teraz było takie zwykłe, nieciekawe, za to tamto, co kiedyś… 
Pierwszy raz pomyślałam, że wszystko chyba było tak samo, snując się – zmęczona upałem i odległościami – po pompejskich uliczkach. Że po tych domach, wykopanych spod zwałów popiołu, krzątali się ludzie, którzy mieli takie same, jak nasze współczesne, pragnienia, nadzieje, lęki… I z tymi pragnieniami, nadziejami i lękami zastygli pod popiołem i lawą na zawsze. A może to bujda na resorach i moje rojenia? Mniejsza z tym, zwłaszcza że nie o starożytności chciałam. 

Ciekawi mnie, co było kiedyś, bo oczywiste, że z tego wiele można się nauczyć, wykorzystać doświadczenie, nie popełniać błędów. Lubię też, gdy coś, czego już nie ma ożywa, choć na chwilę, nabiera kształtów i barw. Taka mała porcja magii. Ciekawi mnie zwłaszcza w odniesieniu do moich pasji czy innych koników. Ostatnio usłyszałam kilka anegdot z początków AA w Warszawie. Opowiadali weterani (coraz bardziej mnie bawi to słowo i rośnie ciekawość, od kiedy zaczyna się weteraństwo), niektórzy wcale na weteranów nie wyglądali, ale też te początki nie są aż tak strasznie odległe. Jedna anegdota na przykład była o tym, jak się mówiło alkoholikom, a raczej jeszcze pijakom, którzy dopiero mieli stać się potencjalnymi anonimowymi alkoholikami, czym to całe AA w ogóle jest. Jak ktoś był wierzący, to było prościej. Mówiło się o Bogu i jakoś szło. Gorzej z pozostałymi. Wtedy padało pytanie: A jakie dżinsy wolisz, Odry z Opola czy amerykańskie. No, jasne, że amerykańskie! No, bo widzisz, to AA to właśnie jest z Ameryki…  

Albo taka: Jeden z naszych maluje mieszkanie, dzwoni telefon, właściciela mieszkania nie ma, więc malarz odbiera. 
                            – Czy to mieszkanie tego i tego? 
                            – Tak. 
                            – A jest? 
                            – Nie ma. 
                            – To kto mówi? 
                            – Malarz. 
                            – A czy ten malarz ma na imię X.? 
                            – Tak. 
                            – Aha. Tu Z., słuchaj, zapisz sobie numer lotu, przyleci tam do was z Ameryki alkoholik, 
                               facet, który chodził po księżycu, trzeba go odebrać z Okęcia…
                            – Ale człowieku…

Przyleciał. Buzz Aldrin. Jego kumpel z Apollo, Neil Armstrong, nie miał tyle szczęścia, żeby zostać alkoholikiem, wylądował w psychiatryku. 

*

I właśnie dlatego to lubię.








środa, 13 maja 2015

148. wyłączność celu AA

Od pewnego czasu w AA w moim mieście (a tak naprawdę w AA w moim kraju) sporo nowego się dzieje. Zrobił się ruch, ożywczy prąd powiał. Minęło kilkanaście do kilkudziesięciu miesięcy i pojawiły się pierwsze efekty tych zmian. Właściwie nic nowego, w AA nie ma już nic nowego, wszystko było, chyba wszystkie błędy popełnione. Niestety, wygląda na to, że każda wspólnota, w każdym kraju, musi popełniać swoje błędy samodzielnie, od początku. Jak z dziećmi – na własnych błędach muszą, „mówiła matka, mówiła babka” nie działa. Widać taka nasza natura, niech i tak będzie. Na szczęście gdzieś indziej już przez to przechodzili, mogą się podzielić doświadczeniem. Więc przyjechali się dzielić. Alkoholicy z Bełchatowa i Londynu. I z różnych zakątków Polski też – posłuchać i opowiedzieć. Przyjechali na świetnie zorganizowane przez grupy Patryk i Jestem odpowiedzialny warsztaty Wyłączność celu w AA: w historii, Tradycjach i dniu dzisiejszym Wspólnoty Anonimowych Alkoholików.

*

Bo jak pojawiło się trochę nowego, świeżego, to i mityngi zaczęły się otwierać. I to było fajne i w porządku. Ale jak zaczęły się otwierać to tu i ówdzie sporo osób spoza AA, z innymi niż alkoholizm problemami zaczęło przychodzić. I jeszcze też było OK. Jak zaczęli przychodzić i mile byli witani, i czuli się jak u siebie, to zaczęli też zabierać głos, a potem nawet do służb się zgłaszać. Niealkoholicy na grupach AA. I wtedy trochę zaczęło się robić kłopotliwie. Ale niby dlaczego, jeśli nie ma żadnego chętnego alkoholika do zabrania głosu, to komu przeszkadza, że się Al-Anonka odezwie albo cztery? Jak nie ma odpowiedzialnych alkoholików w grupie to może jakiś bardziej odpowiedzialny albo zwyczajnie chętny do pomocy DDA czy hazardzista się nada i komu to zaszkodzi? No, i przecież nie wyrzucimy, bo jesteśmy od pomagania! I właściwie to dlaczego niby mielibyśmy wyrzucać? Kto nas upoważnił? A jak przychodzą alkoholicy, którzy do tego alkoholizmu mają doklejonych jeszcze ileś tam innych izmów to niby czemu mają to trzymać w tajemnicy? To trzeba mówić! Bo tak głęboka jest twoja choroba, jak głębokie są twoje tajemnice…
I wtedy ktoś przeczytał: Byłoby objawem pychy uważać, że Wspólnota Anonimowych Alkoholików jest lekarstwem na wszystko, nawet na alkoholizm. Oraz: Dajmy odpór dumnemu założeniu, że skoro Bóg umożliwił nam sukces w jednej dziedzinie, naszym przeznaczeniem jest stać się pośrednikami dla każdego.*

Jest wiele programów dwunastokrokowych, zainspirowanych Programem 12 Kroków AA. Warto jednak mieć świadomość, że Program AA, Programy AN, AH, SLAA, DDA, nawet Al-Anon, jedynej siostrzanej wspólnoty AA, to nie są te same programy! Niektórzy uważają, że chodzi o to samo i tak samo. O pustkę przecież, co potrzebuje się wypełnić. Obawiam się, że jednak niekoniecznie. Ale nie moje prywatne zdanie jest tu ważne. Ważne są konkretne realia – czy ja jestem w stanie porozumieć się z hazardzistą, depresantem, lekomanem? Przykro mi, ale mimo najszczerszych chęci jedynie do pewnego stopnia i to naprawdę nie ze wszystkimi. Nawet w kwestii współuzależnienia, którego miałam nieszczęście skosztować, mogę złapać wspólne płaszczyzny tylko do pewnych granic, mimo że zaliczyłam diagnozy: DDA i współuzależnienie, a nawet uczestniczyłam w terapiach i mityngach w tych dwóch obszarach. Całości, czystego współuzależnienia nie rozumiem. Bo poza DDA jestem po prostu alkoholiczką.
I tu pojawił się realny i jak dla mnie mocny argument na trzymanie się jednego celu, zawartego w Piątej Tradycji AA – żeby zaczął się proces zdrowienia potrzebna jest identyfikacja. Dlaczego zostałam we wspólnocie AA? Bo na mityngu byli ludzie tacy sami jak ja. Mimo pewnych różnic czułam, że mamy to samo!
Żeby ruszyć z trzeźwieniem, żeby uwierzyć, że jest jakaś szansa, muszę zobaczyć na mityngu AA trzeźwych ludzi, którzy mówią z sensem, normalnie wyglądają, są spokojni i uśmiechnięci, a przy tym przedstawiają się jako alkoholicy i opowiadają o zdarzeniach i stanach, w których i ja byłam, a nawet wciąż jestem lub bywam, opowiadają też o tym, jak z tych stanów wyszli. Trudno będzie mi zidentyfikować się z kimś, kto mówi o wymiotowaniu po zjedzeniu pięciu bochenków chleba albo czyszczeniu karty kredytowej na cztery kolejne pary kozaczków w tym tygodniu. Bo to mnie nie dotyczy. Mało tego, jeśli słyszę, że tak wygląda alkoholizm – jestem przecież na mityngu AA – to w żaden sposób nie przykleję się do miejsca i ludzi stąd, bo wymiotowałam, owszem, ale wyłącznie po wódce, chleb lubię, zwłaszcza świeżutki, ciepły jeszcze z masłem i solą, ale nawet takiego nie jestem w stanie zjeść więcej niż pół. I w życiu nie miałam karty kredytowej. Nawet jeśli osoba wymiotująca i czyszcząca kartę kredytową przedstawi się również jako alkoholik – nic tu po mnie, to nie dla mnie, ja jestem inna, spadam! Może tylko w otchłań rozpaczy spadam, skoro nie ma dla mnie nadziei, ale jednak. A chyba nie taki jest sens istnienia grup AA.
Jeśli jesteś z tych farciarzy, co to mają uzależnień na pęczki, to mimo wszystko może na mityngu AA bądź zwyczajnym alkoholikiem, takim samym jak reszta, takim samym, jak ten nowy, który przyjdzie i potrzebuje zobaczyć takich samych jak on? Na swoim spotkaniu DDA będziesz dorosłym dzieckiem alkoholika, na swoim mityngu AH będziesz hazardzistą, a na AN – narkomanem. Jak dla mnie to ma sens. Choć mam przy okazji poczucie, że ci, którzy byli na warsztatach w większości już o tym wiedzieli i do tego się stosują, bo rozumieją. Szkoda, że nie było tych pozostałych, którzy prezentują uzależnienia wachlarzowe (to chyba trafniejsze określenie niż uzależnienia krzyżowe, tym bardziej, że „krzyżowe” znaczy w rzeczywistości coś całkiem innego, niż się potocznie sądzi, ale używanie pojęć w błędnym znaczeniu to rzecz dość powszechna, nie tylko w AA). To zresztą zawsze jest ciekawe – ci nieobecni. To wiele mówi o nich samych i ich stosunku do tematu. Ale to dygresja na całkiem inną okazję…
Przekonuje mnie, że zdrowienie rozpoczyna się gdy jeden alkoholik rozmawia z innym alkoholikiem. Kropka. Przekonuje mnie nie na głowę, ja to sprawdziłam. Nie raz, wiele razy.

Ale żeby była jasność: to nie znaczy, że osoby z innymi niż alkoholizm uzależnieniami czy komplikacjami – które zresztą prywatnie bardzo lubię (osoby, nie komplikacje!) i chętnie z nimi rozmawiam – nie powinny mieć wstępu na teren wspólnoty AA. Bynajmniej! Różnorodność jest cenna i rozwijająca, choć bywa, że rodzi strach. Warto jednak wiedzieć, po co się przychodzi i co można uzyskać, a co jest zwyczajnie nierealne, a czasami wręcz szkodliwe. Bo oczywiście, można wszystko, ale nie wszystko jest pożyteczne.

* Anonimowi Alkoholicy wkraczają w dojrzałość, str. 302.

czwartek, 30 kwietnia 2015

147. szczyt intymności

Czasem, trochę niechcący, wypuszczę słowo Bóg i naprawdę nie wiem potem, co z tym zrobić. Po czasie, gdy już się zorientuję, że posunęłam się za daleko. Że wywołałam coś. A przecież nie chciałam. Bo z tym wywołanym też nie wiem, co robić. Zawstydza mnie, że mogę być opacznie zrozumiana. Tłumaczenie się w tych kwestiach uważam za tym bardziej deprymujące, więc odpada. 
W pewnej rozmowie padło kiedyś zdanie: Mówienie o Bogu i wierze jest bardziej intymne niż o seksie. Spodobało mi się, zaintrygowało. Nie było prawdziwe. W odniesieniu do mnie. Do tamtej mnie. Wtedy nie umiałam nawet o seksie i bliskości. Odkąd jednak nie powtarzam lukrowanych fraz albo choćby mądrych i suchych, ale nie moich, nie przetrawionych, cudzych przekonań, tylko naprawdę coś sądzę, bo myślę i rozważam, czuję, że to zdanie jest coraz prawdziwsze. 
Mówienie o Bogu jest jak pisanie wierszy. Prawdziwe pisanie prawdziwych wierszy. Poezji, znaczy się. A ja z poezji nie jestem najlepsza. Nawet w okresach największych uniesień, durnej młodości buzującej hormonami pisanie wierszy było bardzo ryzykowne. Wino, namiętność i naiwność były w stanie zamaskować leciutki wstyd ocierania się o kicz. Zwłaszcza, że obiekty tych namiętności zmieniały się jak w kalejdoskopie. Pamięć, nie mogąc za nimi nadążyć, odpuszczała i gubiła dowody. Dziś już nic tej nieporadności zamaskować nie może. Więc może zamilknę, żeby się nie pogrążać.  

niedziela, 26 kwietnia 2015

146. nie zawsze się chce

Rano zaczęłam przymierzać się do wpisu o tym, jak to jest za szybą. Za brudną szybą. Bo wiadomo, bywają czasem dni, których wcale nie powinno być. Chciało by się je przespać, przekręcić zegarek do przodu albo zastosować jakiś inny trick, jak większość nierealny i nieskuteczny, ale w fantazjach wszystkie chwyty dozwolone. Tyle że właśnie po kilku dniach pobytu za taką szybą zaczęłam zza niej wychodzić – akurat teraz, w tej chwili – i już prawie nie pamiętam, co miałam zamiar napisać rano. I cieszę się bardzo, bo ten stan bywa naprawdę podły i bardzo nie polecam, i trochę boleję, bo chciałam wpis dokończyć, a tu nagle nie mam nic do powiedzenia. Rozpacz, wiadomo, bardziej jest romantyczna i widowiskowa. Można pisać i pisać, o ile rzecz jasna jest się w stanie zwlec z łóżka albo z siebie. A o takim dobrym stanie to co właściwie pisać? To nudy są i kicz. Ale chociaż – jakiś pożytek będzie – napiszę, co zrobiłam (bo może to nie tylko zjazd hormonów był, ale i konkretne działanie pomogło).
Poszłam na dywanik do Pana Boga i się przyznałam, że sobie rady już nie daję ze sobą. Że bardzo przepraszam, iż w ogóle mam takie myśli i odczucia, ale wcale mi się nie podoba, że nie mam kasy i muszę się bać o jutro (no dobra, o jutro może nie, ale o czerwiec to już bardzo realnie, wyprostowałam – w końcu ma wgląd we mnie to i w moje konto pewnie też). I jeszcze – ciągnęłam – mi się nie podoba, że sobie nie mogę kupić nowych butów, a na stare już patrzeć nie mogę, wiosna przyszła, dziewczyny chodzą pięknie ubrane, a ja w starych łachach. Ja wiem, że nie szata etc., ale może bez przesady. I że komputer zaczyna szwankować, a na nowy to nawet pół cienia szansy nie ma, a przecież On chyba wie czym ja zarabiam na życie, więc bez jaj. I jeszcze, że najmocniej przepraszam, ale nabrałam na łeb tyle rzeczy, że płakać mi się chce, również ze strachu, że zawalę, a przecież ja nie mogę zawalić, a wzięłam to wszystko na siebie w ramach walki z lenistwem, bo ono też przesadza i odziera mnie ze wspaniałych owoców tych wszystkich szans, które dostaję. Chcę je wykorzystać, a lenistwo nieugięte. A może wcale nie lenistwo, tylko te ograniczenia, z którymi to ponoć miałam się pogodzić, uprzednio je zauważając. No, to jeszcze się z nimi nie pogodziłam. Bo nawet jeszcze nie rozgryzłam, czy to faktyczne ograniczenia czy też ordynarne wady. I wreszcie, na sam koniec, poprosiłam grzecznie, żeby może jednak coś zrobić ze mną i tą szybą, bo tak długo nie pociągnę.
Jak zeszłam z tego dywanika, to akurat trzeba było komuś trochę czasu poświęcić i porozmawiać z nim sensownie. Skupić się. Ileż to siły nagle napłynęło po tym poświęcaniu czasu i skupieniu!
Potem jeszcze zaufanej osobie opowiedziałam o tych strachach, wypuściłam je z szafy i zrobiło się jakby trochę luźniej, spokojniej, lżej.
Wykonałam dwie czynności z długaśnej listy spraw, które wzięłam sobie radośnie na głowę, a one wdzięcznie mnie przygniotły.

I przez to wszystko nie mogę się teraz uczciwie poużalać nad losem biednym swym. Nie mogę napisać porządnego tekstu o przygnębieniu, beznadziei i szarości. Trudno. Może uda się następnym razem…

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

145. pokonferencyjne refleksje


Wzięłam udział w ciekawej konferencji. Od momentu, gdy tematyka alkoholowa szczególnie mnie interesuje było to może czwarte moje spotkanie zorganizowane przez i dla profesjonalistów w dziedzinie leczenie uzależnień. A więc o alkoholizmie do niealkoholików mówili niealkoholicy. Oczywiście, nic w tym złego, wręcz przeciwnie. W każdym razie – ciekawe doświadczenie. Mnie szczególnie zafrapowała jedna rzecz. Otóż na siedmiu prelegentów co najmniej pięcioro wypowiadało się – i to zdecydowanie pozytywnie – o Wspólnocie Anonimowych Alkoholików. W tym troje profesjonalistów mających szerokie doświadczenie i praktykę w kontaktach z alkoholikami (to istotne, bo – co wydaje się absurdalne – zdarzają się „specjaliści”, którzy opowiadają, piszą coś o alkoholizmie i nawet próbują alkoholików leczyć, choć nigdy wcześniej nie spotkali się z żywym okazem trzeźwiejącego alkoholika. Z pijanym zresztą też mogli nie mieć styczności. Tak, wiem, sama bym w to nie uwierzyła, ale widać nie tylko alkoholicy mają patent na dziwactwa. Szkoda tylko, że niektórych kosztuje to życie, a ci drudzy biorą za to kasę).
Skąd moje zdziwienie wobec tych pozytywnych głosów o AA? Bo ostatnio zetknęłam się z wieloma opowieściami, które początkowo traktowałam ze sporym dystansem. Opowieściami o wyraźnie niechętnym stosunku terapeutów i lekarzy do AA. Niektóre opowieści wręcz nie mieściły mi się w głowie. No, bo jak to, jaki sens miałoby zniechęcanie pacjentów – których dobro i zdrowie jest przecież celem naczelnym lekarza – do korzystania z narzędzia, w dodatku bezpłatnego i nieograniczonego w swoim zasięgu terytorialnym i czasowym, ułatwiającego utrzymanie trzeźwości? Czy to możliwe, żeby psychologowie i terapeuci uzależnień zabraniali wręcz uczestnictwa w spotkaniach AA? W realizacji Programu 12 Kroków ze sponsorem? Trudno uwierzyć! A jednak… Potwierdzenie tych już nie jednostkowych doniesień dostałam z ust znanej i uznanej w dziedzinie lecznictwa odwykowego osoby. Kto, po co i dlaczego. Śmieszne, choć przede wszystkim bardzo smutne, że dzieje się to z pobudek, które są tak bardzo jaskrawe u alkoholików (aż mi się naiwnie wydawało, że są dla nich zarezerwowane, bo przecież nikt normalny tak by się nie zachowywał) i które właśnie Program 12 Kroków Anonimowych Alkoholików jest w stanie z uzależnionego człowieka wytrzebić. To znaczy, człowiek uzależniony jest w stanie sam wytrzebić, dzięki konkretnym zaleceniom, dzięki wskazówkom zawartym w 12 Krokach, dzięki pomocy Siły Wyższej nade wszystko. Alkoholicy mogą stać się uczciwymi ludźmi. Terapeuci natomiast mogą kierować się pobudkami mało humanistycznymi. I nie, nie chodzi wyłącznie o kasę, nie tylko o to, że nie opłaca się, żeby pacjent wyzdrowiał (żeby poszedł swoją drogą, wyposażony w pakiet wskazówek, z jedną naczelną – na terapii dostałeś bazę, w AA ci pomogą na stałe!) i nie wracał już nigdy na terapie poszerzone, pogłębione, kolejne warsztaty, nawroty, głody i złości… Ludzi chorych na alkoholizm jest naprawdę tyle, że starczy na obsadzenie terapeutycznych turnusów na długie dziesięciolecia.
Wystąpieniu jednego z prelegentów towarzyszyła prezentacja multimedialna – na wielkim ekranie bezpardonowo wypunktowane motywy lekarzy, psychologów, terapeutów, którzy chyba pomylili się z powołaniem albo mają problem z przerostem ego – tak, to zostało nazwane po imieniu. Byłam zdumiona odwagą i bezkompromisowością takiego ujęcia. Lekarz/terapeuta/psycholog, który w ogromie swego poczucia mocy, w swej arogancji skazuje pacjenta na brak pomocy, ze strachu, że jego metody okażą się niewystarczające, może nie-jedyne, nie jest dobrym lekarzem/terapeutą/psychologiem. Jest egoistą i egocentrykiem. Nie ważne, czy robi to dla zysku czy z powodu przerostu ego. Raz jeden spotkałam się ze stwierdzeniem – równie odważnym – że jeszcze żadnemu profesjonaliście nie udało się wyleczyć alkoholika z alkoholizmu. Ale udało się to Wspólnocie AA. Porażające, szczególnie, że stwierdzenie to padło z ust profesjonalisty! Wycinanie tego narzędzia (AA), odcinanie pacjentów od informacji o tym jest nie tylko ignorancją (poziom kształcenia przyszłych profesjonalistów od uzależnień jest w Polsce katastrofalny, wiedza na temat zasad i istoty działania AA zerowa – to również opinia zainteresowanego tematem specjalisty w dziedzinie leczenia uzależnień), arogancją (nikt nie może mieć większej wiedzy w dziedzinie leczenia uzależnień niż pan doktor! A już na pewno nie banda byłych pijaków! Co oni mogą wiedzieć… – faktycznie, trudno to sobie wyobrazić, szczególnie jeśli się nigdy w życiu nie pofatygowało na otwarty mityng AA). Jest też skazaniem wielu ludzi na śmierć!

*

Pamiętam zupełnie inny modus operandi. Już na pierwszym spotkaniu z terapeutą w ośrodku leczenia uzależnień pacjent dowiadywał się o warunkach (nie, nie o możliwościach, nie o ofercie – jeśli alkoholik ma być skutecznie leczony nie może być traktowany jak klient, który płaci, więc wymaga, który może sobie wybrać, to co mu pasuje), w tym o warunku wstępnym, bez którego nie było mowy o przyjęciu na terapię: musiał iść na pięć-dziesięć mityngów AA. W trakcie terapii udział w mityngach był również obowiązkowy – widniały one w planie zajęć i nie były punktem fakultatywnym. Pod koniec terapii pacjent zobowiązywał się do kontynuowania pewnych działań, w tym – zawsze – do uczestnictwa w mityngach AA. To była podstawa i nikt nie wnosił sprzeciwów. Jedni pacjenci z tego korzystali, podobnie jak z dostępnej dodatkowej oferty terapeutycznej, inni nie i najczęściej – pozostawieni sami sobie, na własne życzenie – wracali do picia. Nikt nie dyskutował, a już na pewno nie terapeuci. Oni doskonale wiedzieli, że bez AA pacjent ma nikłe szanse na sukces, czyli życie bez alkoholu. Ale wtedy, w tamtych czasach, to znaczyło, że to terapeuci nie zadbali o pacjenta. Może czasy zmieniły się tak bardzo – choć tych lat aż tyle nie minęło – że niektórzy specjaliści nie biorą odpowiedzialności za swoją pracę. Brak informacji, gdzie szukać pomocy w nagłym wypadku (nagły wypadek głodu alkoholowego to nie jest w przypadku świeżo suchego alkoholika znowu taki wyjątek), zwłaszcza w czasach i warunkach, gdy ośrodki leczenia nie są dostępne w każdej porze dnia i nocy, gdy czekać na wizytę trzeba coraz dłużej, to moim zdaniem, co najmniej nieetyczne działanie.

*

Na koniec jedno: naprawdę bardzo się cieszę, że spotykam mądrych, świadomych, odpowiedzialnych i etycznych profesjonalistów, bo wcale nie podoba mi się świat podzielony na zwalczające się frakcje: leczenie profesjonalne i AA*. Ja naprawdę wierzę, że tylko współpraca ma sens, bo ona pozwala osiągać dobre cele. Nie wiem jak to jest z profesjonalistami, ale czytałam, że Wspólnota AA nie rości sobie żadnych praw i nie ma monopolu na leczenie alkoholizmu, a ponadto, z nikim i niczym nie walczy. Ja też nie. Czasem tylko nie zgadzam się na promocję głupoty, ignorancji i arogancji. Gdziekolwiek, również na spotkaniu AA.


*Swoją drogą, sama nazwa „lecznictwo profesjonalne” jest niesprawiedliwa i mocno myląca, ponieważ sugeruje, że wszystko, co nie mieści się w jej obrębie jest… nieprofesjonalne. A więc, amatorskie? Nie takie? Nie działa? Partanina? Cóż, znowu semantyka. Profesjonalne, czyli zawodowe. Nie ma to nic wspólnego z jakością.

wtorek, 31 marca 2015

144. syndrom Koziołka Matołka


Uczymy się w drodze. Mówią o tym mity, mówią baśnie i kino drogi. Mówi Homer i Hesse, i stu innych. Ale wiem też, że można wyjechać i przespać całą podróż, prześnić, przegapić. Można też się wybrać na drugą stronę ulicy i odkryć Amerykę!

Ostatnie podróże nie wywróciły wprawdzie mojego świata do góry nogami, nie były też specjalnie dalekie, ale były niesamowicie inspirujące. Poznałam ludzi, którzy otworzyli przede mną nowe przestrzenie, odsłonili niewidoczne dotychczas widoki. Nauczyłam się kilku rzeczy i wcale nie były to rzeczy, których się spodziewałam, po które jechałam.

*

Byłam na warsztatach sponsorów. Fajna sprawa, która mogłaby pomóc nam wszystkim (zainteresowanym) pomagać/służyć lepiej i sensowniej. Ale czy to jakaś supernowa inicjatywa? Skądże! Alkoholicy – miałam szczęście poznać kilku/kilkunastu/kilkudziesięciu takich – lubią pomagać, lubią się dzielić doświadczeniem, lubią odpowiadać na pytania i wspierać. Moje pierwsze „warsztaty sponsorowania”, jakieś cztery i pół roku temu, to było właśnie coś podobnego: przyjechało paru doświadczonych sponsorów i opowiadali, na czym ta robota polega, po co to w ogóle jest, jakie mogą się pojawić problemy i dylematy, i gdzie szukać rozwiązań. Dla mnie tamte warsztaty były szczególne – dzięki nim zaczęłam przygodę z Programem. Bywałam później na wielu warsztatach, które nazywały się podobnie, ale były czymś innym. Nie mówiło się na nich o tym, jak sponsorować, jak nie tylko sensownie pomagać, ale i nie krzywdzić, choćby niechcący (celowego krzywdzenia nie biorę w ogóle pod uwagę, bo to nie mieści mi się przy zestawie sponsor–podopieczny w głowie). Mówiło się za to o Programie. Też fajnie, tylko trochę nie na temat… Nie na temat warsztatów.
Spotkałam się z opinią, że takie spotkania i wymiana doświadczeń są zbędne. Przecież jeśli mam sponsora, to on mi wszystko powie. Hm… Ufam mojemu sponsorowi i uważam, że jest naprawdę wspaniały i mądry. Czy jednak pomysł, że będzie znał odpowiedzi na wszystkie pytania świata, będzie w stanie ogarnąć wszystkie sytuacje, jakie mogą się zdarzyć, nie jest czasem nierealistycznym oczekiwaniem? Trochę tak jak w przedszkolu: Mój tata jest najmądrzejszy i najsilniejszy, on wam wszystkim pokaże! Jeśli moja podopieczna ma długi albo narkotyzującego się syna, ja jej nie będę w stanie służyć pomocą i radą w tych tematach, bo zwyczajnie nie mam w nich doświadczenia. Nie będę zmyślać. To, co mogę zrobić, to znaleźć kogoś, kto miał podobne trudności i sobie z nimi poradził, i skontaktować ją z tym kimś. Mogę jej też podpowiedzieć, żeby szukała ludzi, którzy poradzili sobie z podobnymi problemami. Jasne, mogę też powiedzieć: Ej, ja jestem tylko od Programu (to prawda, sponsor jest od przeprowadzenia podopiecznego przez Program, ale jeszcze nie spotkałam się z realizacją Programu w oderwaniu od życia, bo Program realizuje się w codziennych sytuacjach życiowych, a nie na spotkaniu ze sponsorem, przy stole obłożonym książkami i zeszytami, choć i to się przydaje), ta cała reszta mnie nie obchodzi. Mogę tak powiedzieć, tylko… czy jeśli przychodzi do mnie koleżanka/siostra/inna niż podopieczna alkoholiczka i zapyta o radę, czy jej również powiem, że mnie nie obchodzi, nie jestem od tego? Jasne, nie będę udawała, że się znam, jeśli się nie znam. Ale jeśli przez coś przeszłam, powiem, jak było. Czy innym mogę mówić, a tylko podopiecznej nie, bo między nami ma być Program i tylko Program? Co mogę, a czego nie? Co jest dyskusyjne? Co jest niebezpieczne?
Niełatwe to sprawy. I właśnie od takich niełatwości, od konsultacji, rozmów, pytań, wymiany doświadczeń mogą być spotkania takie, jak warsztat sponsorów. Nie sądzę też, by trzeba było czekać, aż znowu ktoś coś zorganizuje. Ja bardzo się cieszę, że mam taką siatkę znajomych/przyjaciół, do których mogę zadzwonić, poradzić się, popytać – czy mieli do czynienia z takim przypadkiem? Jak sobie poradzili? A może znają kogoś, kto sobie poradził? Po to jesteśmy wspólnotą, żeby korzystać ze zgromadzonego przez lata doświadczenia. I ze wsparcia.

*

Druga podróż otworzyła mi oczy w kwestiach mojego rozwoju osobistego. To takie wspaniałe usłyszeć, że mam całe życie do nauki. Że mogę popełniać błędy (choć przydałoby się też uczyć i wyciągać z nich wnioski). Że zacząć można nawet po 40. Po 50. również. Wierzę, że i po 60., ale szkoda mi marnować 20 lat, żeby się przekonać, czy też zadziała. I jeszcze co najmniej jedno: nawet obcy człowiek jest w stanie tchnąć we mnie iskrę. Jednym słowem, jedną propozycją. Wróciłam odmieniona. Ale ważne jest jeszcze coś – ja też jestem w stanie tchnąć w kogoś iskrę. Bezinteresownie. Czasami bezwiednie. I to jest fantastyczne odkrycie.


Życzę Wam wielu owocnych podróży. I wielu cudownych iskier!



piątek, 13 marca 2015

143. Bóg i niepokój, czyli cała lista pytań


Zostaliśmy stworzeni, mając w sobie wewnętrzny niepokój i wezwanie do otwartości na ryzyko i obietnice, które niesie ze sobą druga połowa życia. W każdym z nas jest „dziura” wielkości Boga, która czeka na wypełnienie. Bóg stwarza właśnie to uczucie niezadowolenia, które tylko łaska, a w końcu miłość Boga mogą zaspokoić.
Spadać w górę, R. Rohr

Chciałabym dożyć czasów, gdy słowo „Bóg” nie będzie wymagać wstępu i wyjaśnienia, o co mi chodzi i co mam właściwie na myśli, a wypowiedziane w normalnej rozmowie nie wywoła grymasu zażenowania lub pobłażliwych uśmieszków na twarzach interlokutorów, bo nie będzie się kojarzyło z jedynym słusznym (czy też jedynym niesłusznym) kierunkiem, z jedną opcją, z kościołem, w dodatku wiadomo którym… Chciałabym, ale obawiam się, że to nierealistyczne pragnienie (mimo wszystko nie będę za każdym razem dodawać jakkolwiek Go pojmuję albo zamieniać na Siłę Wyższą).   Ponieważ jednak nie żyję ani w takich czasach, ani w sprzyjającej szerokości geograficznej, a wstęp już w zasadzie poczyniłam, mogę przejść do rzeczy, z nadzieją, że indywidualny stosunek Czytelnika do tego słowa nie stanie się nieprzychylnym filtrem, blokującym przesłanie tych rozważań.

*


Poruszyło mnie mocno to zdanie o dziurze wielkości Boga. Poruszyło to o niepokoju. Bo dziurę w sobie namierzyłam dawno temu, a i niepokój odzywa się co jakiś czas. Ledwie nadrobię, zapracuję na chwilę spokoju i satysfakcji, a tu już mnie dźga w tyłek, jak kolcem jakimś: dalej, jeszcze, więcej, inaczej, nie tu, szukaj… Co chwila znajduję się w punkcie zwrotnym. I bardzo mi się to nie podoba. Bo nie lubię tego stanu niepokoju, tego wewnętrznego rozedrgania, lęku chyba też – co będzie, co powinnam zrobić, jaką podjąć decyzję, którą drogą pójść? Bo ja bym wolała trochę prościej. Ale nie wychodzi. Gdy przeczytałam o tej dziurze wielkości Boga, pomyślałam natychmiast, że ten mój Bóg musi być naprawdę wielki, bo czasem mam wrażenie, że między konturem mojej postaci a dziurą niczego prawie nie ma. I czego On tak ciągle ode mnie chce? Gdzie mnie wiedzie, ku czemu? Przecież wie, że się boję. Umieram ze strachu czasami. Szczególnie umieram, jak mam gdzieś wystąpić, a tu co chwila mi każą gdzieś wystąpić. Szczególnie mi niewygodnie, jak mam gdzieś pójść, we wspaniałe, prestiżowe miejsce, do którego przecież nie pasuję, w każdej chwili mogę usłyszeć: A pani tu w jakiej sprawie? Ale inni jakby tego nie widzą, mówią: Chodź i Bądź. I jak ja mam to rozumieć? Że skoro się boję to mam odmawiać, bo to nie dla mnie? A może mam posłuchać, jak mi mówią: Bój się i rób? Może mam robić, trenować i się nauczyć? Skąd mam to wiedzieć?
Skąd mam wiedzieć, czy moje miejsce jest tu, w tym mieście czy może w całkiem innym, nie-mieście w dodatku? Nie wygodnie mi tu, przeniosłabym się, ale znowu lęk – bo jak wyjadę to raczej już nie wrócę. Mam iść do pracy, takiej, co to kiedyś ona mnie nie bardzo, a i ja niekoniecznie?  Bo się właśnie ta praca odezwała i to w momencie dla pracy sprzyjającym? Przecież miało być chyba inaczej, przecież wydawało mi się, że otwiera się całkiem nowy rozdział? Mam trzymać się „tego świata” pełnego błyskotek i niespełnionych obietnic, który mnie męczy strasznie i nudzi trochę, czy odpuścić sobie i zszarzeć, odsunąć się na spokojny margines, co byłoby szalenie pociągające, gdyby nie strach, że odpadnę za bardzo, bez szans na powrót, gdybym jednak zechciała?

Tych niewiadomych, co to dopraszają się o wyjaśnienie, jest zbyt dużo naraz. Ale może tylko według mnie zbyt dużo? Może to moje wygodnictwo? A może to wszystko dzieje się bez żadnego porządku, ot, tak, po prostu, bez znaczenia, bez związku? A ja się głowię, dwoję i troję, w myśleniu, w kombinowaniu, niepotrzebnie, bo przecież i tak nie skalkuluję, nie umiem tego na szerszą skalę i dłuższą metę. Jedyna pociecha, że to Bóg jest producentem tego niezadowolenia, więc może coś sensownego z tego wyjdzie, a jak teraz źle wybiorę, to wierzę, że będzie kolejna szansa.

204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...