środa, 19 maja 2010

029. przedpokój


To uczucie znam od czasu, kiedy jego obecność nie była aż tak dojmująco deprymująca, kiedy jeszcze można je było jakoś przemycić przed surowym, wszystkowidzącym okiem rozsądku, wytłumaczyć młodym wiekiem, niedojrzałością, trudnym dzieciństwem czy zbyt wczesnym i bezpardonowym wpadnięciem w pułapkę dorosłości. Mimo że nawet wtedy sprawiało kłopot i było niczym zabiedzone czteroletnie dziecko sąsiadów przychodzące w odwiedziny zawsze w porze deseru – bez względu na rozmiar czasowych uników, niezależnie od zmiany czasu podawania pucharka lodów, kubka, znad którego unosi się słodka, kakaowa para, puszystej bezy czy truskawek ukrytych pod śnieżnobiałą powłoczką – wlepiające czarne, iskrzące w niemiłosiernie brudnej buzi oczęta w poobiedni przysmak i przełykające głośno ślinę. Choćbyś był największym skurwielem na świecie nie jesteś w stanie wyrzucić go z domu. Ale o kosztowaniu ulubionych łakoci możesz zapomnieć – gwarantuję, że nie przejdą ci przez gardło.
Było. Pojawiało się w najmniej odpowiedniej chwili. Wgryzało się w najbardziej niewygodny sposób w twoją codzienność. I w żaden sposób nie można było się go pozbyć. Kiedy masz siedemnaście lat i myślisz o swoim przyszłym życiu jak o wielkim worku pełnym bożonarodzeniowych prezentów, z których każdy ci się należy, bo to oczywiste, że na niego zasłużyłeś pracą, wytrwałością albo tym tylko, że istniejesz i ktoś chce sprawić ci przyjemność, to znaczy, że jesteś szczęśliwym młodym człowiekiem, wyposażonym przez los i rodziców we wszystko, co potrzebne, by sięgać po gwiazdy, wiszące na niebie bonusów do zgarnięcia dla tych, którzy zawsze, nawet bez wysiłku, osiągają to, co chcą. Może być też tak, że w ogóle nie myślisz o przyszłości albo widzisz ją tak czarną, że nie masz ochoty tam zaglądać. Cóż, nie zazdroszczę, bo i nie ma czego. Ale możesz, tak jak ja, być zwykłym na wpół dorosłym dzieciakiem, który myśli, że prawdziwe życie zacznie się dopiero za jakiś czas. Że teraz wciąż jeszcze trwa próba generalna. Że można pozwolić sobie na skuchy i błędy, bo to nie dzieje się naprawdę. Gorzej, gdy to samo odczucie nawiedza cię w dniu twoich dwudziestych piątych urodzin. Ale prawdziwy problem masz wtedy, gdy jako trzydziestoparolatek wciąż widzisz siebie w przedsionku, w jakimś pieprzonym przedpokoju życia. Co jakiś czas przyłapuję się na tym, że znowu tam tkwię, choć wiele miesięcy wcześniej wydawało mi się, że przekroczyłam już próg prawdziwego istnienia. Widocznie co jakiś czas dostaję silnego zawrotu głowy, który jednym zgrabnym kopniakiem powala mnie na kolana, przeczołguje po podłodze i podstępnie zamienia mi kierunki. I znów ląduję tam, skąd raptem przed chwilą ruszyłam. Znam już na pamięć wytartą bordową wykładzinę, która strzępi się żałośnie wyrwana spod listwy, obnażając brudnoróżowe płytki PCV. Poznaję enerdowską winylową tapetę w tandetne perłowe kwiaty, ozdobioną w rogu efektownym zaciekiem w kształcie atomowego grzyba. I drzwi jak do gabinetu dyrektora państwowego przedsiębiorstwa, obite napuchniętym wyciszającą gąbką brudnawym, matowym skajem. I koniecznie sztuczna trzykrotka smętnie zwisająca z drewnianej drabinki przymocowanej do ściany. Tadam! Witam w moim przedpokojowym królestwie.
*
Coraz częściej pojawia się ponaglająca myśl: nie mam już tyle czasu, co kiedyś; za chwilę może być już za późno na to, na czym mi najbardziej zależy. I co wtedy? Wystawić się na konfrontację z największym rozczarowaniem życia? Zawsze najbardziej bałam się tego, że coś mi przepadnie z mojej winy. Ta myśl, że oto właśnie przegapiam ten moment, była nieznośna. Dręczyła mnie do dna. Że oto ocknę się kiedyś w przyszłości-starości i zobaczę, że wszystko mi przepadło. Napięcie było tak duże, że nie byłam w stanie – choć chciałam przecież, bo dobrze wiedziałam, czym to grozi – zabrać się do roboty. Byłam sparaliżowana. Być może tym, że nie wiedziałam właściwie, czego chcę. Ale dziś myślę, że również brakiem akceptacji – że mogę czegoś nie osiągnąć. Dziś wiele rzeczy odpuściłam, już nie dręczą, już wiem, że nie muszę, że to nie było tak istotne, że niekoniecznie dla mnie. Są jednak jeszcze takie (chyba to szczęście, że są, to znaczy, że mam wciąż jakieś marzenia i ambicje), które nie dają spokojnie zapaść się w fotel. Dziś znowu spotkałam się z jedną z takich rzeczy, których pragnę, ale nie mam dość siły (odwagi, determinacji, wiary), żeby zacząć realizować, robię tylko jakieś śmieszne podchody, mamię nimi głównie samą siebie. Ale jak długo można się oszukiwać? Trochę za bardzo zaczęłam się szanować, żeby ciągnąć tę maskaradę. Poprosiłam więc o Boską interwencję – skoro sama nie daję rady, On musi pomóc. Jeśli tylko to ma sens, jeśli tylko to, czego chcę jest pragnieniem na moją miarę, a przecież On to wie, niech tak zorganizuje rzeczywistość, niech tak ją ułoży, żeby zaczęło się dziać. Ja sama już chyba nic nie jestem w stanie zrobić, mogę tylko czekać i obserwować. Cicho i uważnie.

niedziela, 16 maja 2010

028. życie na siłę


Pogubiłam się. Pisanie stało się żmudne. Myślenie nabrało nieznośnego ciężaru. Może zamiast silić się na oryginalność powinnam zamilknąć? A może zamiast milczeć lepiej wszystko uprościć. Włożyć wysiłek w stworzenie czytelnego komunikatu. Nabrać pokory. Patrzeć uważnie, mówić prosto i szczerze, odpuścić sobie efekciarskie zagrywki. Chciałabym opisać swój dzień, ale to będzie takie nudne. Chciałabym, żeby to coś wnosiło, ale nie mam takiej wiary. Właściwie najbardziej sensowne byłoby pisać o Programie, tyle że utknęłam na mieliźnie, nie chce mi się do pewnych spraw wracać, odkrywać na nowo, choć przecież wiem, że za każdym razem czyta się inaczej, bo z innego miejsca.
Znużenie, wypalenie, pustka. Najwięksi wrogowie dobrego życia. Walczę z nimi od dłuższego czasu. Zwykle mają przewagę. Nie rozumiem, skąd się biorą – mam wszystko, co jest mi potrzebne do szczęścia. Może jednak nie wszystko, może zgubiłam coś i nawet nie zauważyłam. Nic dziwnego, było nie tylko niewidzialne, ale i nie bardzo wygodne. Tyle że jedyny ratunek to znowu podnieść i nieść dalej. Inaczej się nie da. Z życiem jest jak z treningiem albo rehabilitacją – musisz krok za krokiem przekraczać siebie, pluć na ból, zmęczenie, niechęć, na niby logiczne myśli: po cholerę się tak męczę? Tylko wtedy coś osiągniesz. Przez większą część dnia (tygodnia, miesiąca) muszę się zmuszać. Gdy się dobrze rozbujam, w nagrodę udaje mi się zrobić coś bez wysiłku, a nawet mieć satysfakcję, i to z najprostszej rzeczy. I dzieje się tak, jak z zakochaniem – gdy kogoś kochasz robisz dla niego rozmaite rzeczy, tylko po to, żeby sprawić mu przyjemność. I nie ma mowy o poświęceniu. Możliwość sprawienia mu radości daje i tobie wielką przyjemność (kto wie, czy nie większą). Czasem udawało mi się zakochać w życiu, wierzę, że ten stan jest ciągle do osiągnięcia. Gdybym przestała wierzyć…

piątek, 14 maja 2010

027. początek czegoś

Wydaje mi się, a może nawet mam pewność, że jeśli byłeś nieszczęśliwym dzieckiem z popapranej rodziny, wystarczy że opiszesz kilka twoich sztandarowych historii (na przykład jak jako pięcioletni szkrab chodziłeś wokół śmietnika na przystanku autobusowym i zbierałeś z mamą bilety, które nie wyglądały na tyle jednoznacznie, by nie nabrać ewentualnego kontrolera – bo przecież brak pieniędzy nie oznacza, że można łamać wszystkie reguły i jak ostatni chuligan jeździć na gapę; albo jak mama namawiała cię do zabawy pod tytułem „kto zje więcej solonej cebuli” tylko dlatego, żebyś nie odkrył, że poza cebulą nie ma już nic do zjedzenia; albo może jak z ojcem – zaczerwienionym i wilgotnym na policzkach, tuż po wyjściu imieninowych gości – jeden jedyny raz w życiu uczyłeś się grać w kocią kołyskę, nie wiedząc nawet, że tak się nazywa; znajdź tych kilka barwnych i – uwaga – naprawdę jasnych wspomnień, żeby móc nimi przepleść twój życiowy koszmar, który wydawał ci się czymś tak naturalnym jak oddychanie – do czasu, kiedy odkryłeś, że nie wszyscy oddychają tym samym powietrzem; wsadź tam opowieść o tym, jak ojciec kopał twoje spuchnięte kolano, usiłując ci udowodnić, że wcale nie jest pęknięte, jak wykręcał korki w całym domu za każdym razem, kiedy w telewizji puszczali jakiś film, który mógłby odciągnąć uwagę rodziny od jego niezwykłej osoby, jak łamał druty, na których matka włóczką ze swoich skołatanych do ostatka nerwów usiłowała udziergać kolejny nikomu niepotrzebny sweter, jak darł książki, czy odgrażał się – w co święcie wierzyłeś i umierałeś ze wstydu – że pójdzie i powie tym nauczycielom, co o nich myśli, bo przecież to on budował tę szkołę, do której teraz chodzisz, a w której oni moją zaszczyt przebywać, ale wcześniej to wszystko napisze w twoim dzienniczku albo zeszycie do polskiego; jak grzebał w twoich rzeczach i czytał twoje nieśmiałe i oszołomione swoim nieprawdopodobnym istnieniem listy miłosne, zwłaszcza te pierwsze, których się wstydziłeś, ale nigdy w życiu byś ich nie wyrzucił i trzymasz je do dzisiaj, i szydził z ciebie, albo jak próbował utopić cię w wannie, o czym nawet nie pamiętasz, tylko przypomniała ci ostatnio siostra; a może o tym, jak w wieku jedenastu lat, nie mogąc zmusić się do płaczu, a czując, że za chwilę ten dziwny, niekształtny worek, który na nieszczęście był tobą, pęknie z hukiem, otwierałeś ciężkie masywne drzwi, wsadzałeś palce w szparę przy zawiasach i z całych żałosnych jedenastoletnich sił trzaskałeś o futryny) i masz świetną powieść. Na pewno chwyci za serce, poruszy to, co trzeba poruszyć, żeby się podobało, żeby czytelnik otarł się o koszmar, ale wyszedł z opresji cało, a zresztą przez cały czas gdzieś z tyłu głowy miał przecież wielką mięciutką ścianę z gąbki, która dawała mu niezbędną porcję poczucia bezpieczeństwa, taka ściana z kremowym napisem: te rzeczy nie dzieją się naprawdę, nie dotyczą mnie i nigdy nie będą. 
Zapewne z cudownym, bezpiecznym, miękkim, różowym i słodkim jak wata cukrowa dzieciństwem możesz zrobić podobnie. Ale nie pytaj mnie o szczegóły. W tej kwestii nic ci nie doradzę.

niedziela, 9 maja 2010

026. rozmowa


Ostatni mityng i temat: czy pomaga mi rozmowa z innym alkoholikiem? Odpowiedz jest dla mnie tak oczywista, że nawet nie rozważam mówienia o tym. Bo co powiedzieć? Że gdy jest źle wystarczy jeden telefon do M. i nawet mityng lepiej tego nie załatwi?
Nie muszę o tym mówić, nie muszę się nawet specjalnie zastanawiać nad siłą rozmowy, a po mityngu mam realne potwierdzenie. Zaczyna się niepozornie, od jakiegoś pytania czy stwierdzenia, że to bliskie, a kończy… po prawie dwóch godzinach żarliwej wymiany doświadczeń. Co to daje? Hm, na przykład odpowiedź na wcale nie postawione pytanie (nie zadane w tej rozmowie, ale sobie samej stawiane od lat). Rozmawiasz z kimś – ja wiem, że to wcale nie musi być alkoholik, tym razem nie był – kto ma taką samą albo podobną bazę: przeżyć, przemyśleń, wrażliwości, cierpienia, pragnienia rozwoju, może nawet duchowości, i już ta baza wystarczy, żeby zaiskrzyło, żeby nie trzeba było najpierw testować, a potem naprowadzać na właściwe tory. Tu wszystko wiadomo, można operować skrótami, można darować sobie szczegóły, nie silić się na eufemizmy. Ale najlepsze jest to, że można usłyszeć coś, co być może już słyszane (bo na pewno w takiej czy innej formie było mówione), lecz dopiero teraz, właśnie teraz, kiedy jest najbardziej potrzebne, dociera.
Na przykład, skąd się bierze ten mdlący lęk przed zranieniem, oszukaniem, nielojalnością? Że więcej w nim kontroli, chęci załatwienia sobie spokoju, ale też nie brania odpowiedzialności za swoje życie, niż realnych podstaw. Tak jakby obsesyjne myślenie o możliwości bycia zdradzoną  (na jakiejkolwiek płaszczyźnie) miało uchronić przed tym faktem, jakby miało przerzucić odpowiedzialność ze zdradzającego na mnie, czyli dać mi jakąś moc do zapanowania nad zdradą. Ale też uchronić mnie od jedynej odpowiedzialności, jaka do mnie należy – za siebie. Bo na czyjąś nielojalność nie mam wpływu (zaklęcie: „on/ona nie ma prawa tak mnie traktować” jest niepoważne, jest… właśnie zaklęciem), jedyne co mogę, a nawet mam obowiązek, to zareagować. I dlatego robiłam wszystko, by uciec od odpowiedzialności, bo nie wierzyłam, że potrafię się obronić, zatroszczyć o siebie, powiedzieć nie.
Ale jest jeszcze coś – obraz mnie nieporadnej, zbyt słabej na działanie jest, po pierwsze, zafałszowany, po drugie, nieaktualny, i to dobre kilka lat. A jednak funkcjonował i to z sukcesem przez ten czas. Tylko dlatego, że nie zdobyłam się na wysiłek, by przyjrzeć się temu wcześniej (choć możliwe, że wcześniej i tak niewiele bym zobaczyła).
Niespełna dwie godziny i już więcej nie muszę się bać. Tylko przypomnieć to sobie, zobaczyć fakty, gdy lęk starym zwyczajem zadławi.

niedziela, 25 kwietnia 2010

025. myślenie zabija

Usłyszałam kiedyś, że dla alkoholika myślenie jest nie tyle szkodliwe, co wręcz zabójcze (oczywiście, nie chodzi tu o proces poznawczo-porządkująco-refleksyjny, a raczej o zdolność tworzenia najbardziej zadziwiających ciągów nie-logicznych), bo jedyne, co taki potrafi wymyślić to pół litra. Niekiedy mam wrażenie, że – pomijając okres, w którym produktem mojego rozumowania było właśnie owo „pół litra” – jedyne, co ja potrafiłam i potrafię spreparować w głowie to katastrofa, kłopoty, nieszczęście.

Od dziecka przyzwyczajona do myślenia i wymyślania, fantazjowania i wyobrażania sobie, do tworzenia alternatywnych zakończeń, a jak dobrze szło – zwykle szło – to i środków, i początków, nie potrafię przestać. Choć mnie to męczy, wręcz niszczy. Wiem, że powinnam się zatrzymać i że tylko ja mogę to zrobić. Wiem nawet, że to jest możliwe. Tylko jakoś… nie umiem.
W pierwszych długich miesiącach trzeźwienia borykałam się z nocnymi napadami myślobicia – istny huragan szalejących w mojej głowie słów i zdań. Doprowadzało mnie to na skraj wyczerpania, nie dawało żyć. Uratowała technika wycinania świata, likwidacji wszystkiego. Nakładałam na ten kłębiący się jazgot szarą mgłę, która tłumiła dźwięki i ruch. Potem wyobrażałam sobie szarą betonową ścianę i wpatrywałam się w nią długo przed zaśnięciem. Wreszcie tablice z cyframi, powoli przesuwające się przed moimi oczami – od 1 do 9 i z powrotem. W końcu udało im się zastąpić nie tylko wrzaski i natrętne myśli, ale nawet całe sekwencje zawsze fatalnych dla mnie wyobrażonych zdarzeń.
Mogę łatwo sobie wytłumaczyć, po co mi one były – miały hartować, przygotować grunt, zabezpieczyć, żeby aż tak nie bolało (skoro już raz przeżyłam to w myślach, a nawet w całym ciele, bo ono aktywnie w tym uczestniczyło, bolało i płakało, to będę przygotowana, już mnie nie zaskoczy, nie dotknie). Błąd! Zawsze zaskakiwało. Dotkliwie, podwójnie. I chyba na życzenie – bo niewywołane w przedsennej fantazji może nigdy by nie zaistniało. Miały jeszcze jedną funkcję, o której wtedy nie miałam pojęcia – nie dać mi żyć, nie pozwolić oddychać całą pojemnością płuc.
*
Dzisiaj próbuje tak samo. Tyle że ja więcej wiem, również to, że więcej mogę. Trzymać rękę na pulsie rzeczywistości. Patrzeć i widzieć, co jest prawdziwe. Być tylko w teraźniejszości i nie wybiegać do przodu dalej niż 24 godziny. We wszystkim zdawać się na Siłę Wyższą, nie szarpać się wobec Jej woli – przecież wierzę w Jej opiekę i to, że ma dla mnie plan na życie (i że to najlepszy plan, jaki może się zdarzyć; i właśnie się zdarza).

czwartek, 15 kwietnia 2010

024. żałoby we mnie brak

Wiem, co się stało. I tyle. Bo jakoś nie czuję, żeby mnie to dotyczyło. W pewnym momencie zaczęłam się nawet zastanawiać, czy moje reakcje są poprawne, czyli normalne. A może ja nie mam uczuć, żadnej wrażliwości, serca nie mam? Bo wokół wszyscy chlipią, przejęci, zdruzgotani. A ja jakoś nie. Gorzej, widzę w sobie okropne pokłady cynizmu. Więc zaraz się martwię, że coś ze mną nie tak. Mam jedno wytłumaczenie mojej „znieczulicy” – nie oglądam TV, nie słucham radia, nie czytam gazet. Po prostu nie wiem, co się dokładnie dzieje, nie uczestniczę w tym narodowym poruszeniu, a tym samym nie daję się nasączać cudzymi reakcjami, nie pozwalam sobie sztucznie pompować emocji.
Nawet moje dziecko, i to całe wieki temu, znało wyimki z Psychologii tłumu Le Bona – po takiej lekturze na pewne rzeczy patrzy się inaczej. Zobaczyłam kiedyś, i uczyłam się tego, jakie zadziwiające reakcje można w widzu wywołać muzyką, montażem, światłem, komentarzem, i choć czasem daję się podejść zupełnie nieprofesjonalnie, to jednak szybko wracam na ziemię, ze spojrzeniem okrutnie bystrym.
Ale przecież nie chodzi mi wcale o Prawdę, o wrażliwość społeczną i uczciwość mediów – ja tylko martwię się o własną kondycję. I to też nie ze względu na moje ego (nazywam to moją małą prywatną laurką), nie po to, żeby wydawać się fajniejszą, już mi na tym coraz mniej zależy. Ja po prostu bym chciała być użyteczna, wyczulona na innych, żeby czasem pomóc, ale głównie jak najrzadziej ranić. A teraz przestraszyłam się, że tracę wrażliwość. Choć Program obiecuje mi przecież coś zupełnie innego: że moja uważność na drugiego człowieka wzrośnie. I że nie będzie mnie to wcale zbyt wiele kosztowało, bo stanie się automatyczne, jak oddychanie.
A może po prostu krucho u mnie z poczuciem wspólnoty? Owszem, wdzięczna jestem z istnienia AA, nawet czasem zdarza mi się pełne wdzięczności zdziwienie na myśl o wspólnocie wiary, ale na jakiekolwiek spędy, gdzie ogrom i siła tej wspólnoty/tych wspólnot mogłyby się w pełni objawić, się nie piszę. Byłam dwa razy w Częstochowie – zdecydowanie wystarczy. Lepiej ogarniam mniejsze skupiska ludzkie. Ja po prostu nie znoszę tego ściskającego gardło uczucia, tej łzawej czułostkowości – jestem tym w sobie zażenowana. Ale to przecież nie jedyny powód. Nawet gdy jestem w kościele i z jednej strony czekam na cud poruszenia (mimo wszystko czekam), to gdy pojawi się coś na jego kształt, ja zaraz się zastanawiam, czy ono jest autentyczne, czy to nie jedynie wynik ckliwej pieśni i poruszenia współwiernych. Przez długie miesiące – mam takie podejrzenie – na tym właśnie opierała się moja duchowość. Myliłam ją z labilną emocjonalnością (dziś bliższa jestem myśli, że wiara to nie uczucie tylko wola; i wierność pomimo wszystko). Już tak nie chcę. Więc unikam choćby cienia czegoś podobnego.

czwartek, 8 kwietnia 2010

023. Bóg szepcze


Nie chciałam, by czas Zmartwychwstania minął bez śladu we mnie. Nie chciałam go przegapić. Choć zajęta niespodziewaną eksplozją życia nie byłam szczególnie nastawiona na kontemplację.

*

Pamiętam pierwszą Wielkanoc po moim nawróceniu – zmysły wyostrzone, uwaga napięta – wszędzie czułam Boże tchnienie. Kolory, zapachy, dźwięki – wszystko mówiło mi o Nim. To było takie proste. Ale chyba też nie całkiem prawdziwe, bez kontaktu ze mną zwyczajną, powszednią. Lata, które minęły od tamtej wiosny, pokazały mi, że im bardziej jestem zanurzona w codzienności, tym mniej widzę i czuję Boga. Byłam w tym jak dziecko, któremu się wydaje, że gdy zasłoni oczy i nikogo nie widzi, samo nie jest widziane.
A rzecz polega przecież na tym, żeby być blisko Niego właśnie w najbardziej prozaicznych sytuacjach (tak sprawdza się prawdziwość objawień i świętość świętych – im mocniej trzymają się ziemi, pracy, ludzi, tym większa szansa na autentyczność; stan permanentnego uniesienia, brak zaczepienia w rzeczywistości wskazują tylko na pseudoreligijny odlot). Nadal nie wiem, jak to powinno wyglądać, ale coraz bardziej oddalam się od wizji całodziennej modlitwy – relacji z Bogiem nie załatwi się mamrotaniem pod nosem litanii. 

*

W tym roku znów zapomniałam, jak mało ode mnie zależy. Jedyne, co mogę, to dać czas i uwagę. Myślałam, że mnie to przerosło, że znowu zawiodłam, bo jak rasowy perfekcjonista zawsze czuję, że mogłabym postarać się bardziej, że znowu się wykpiłam. Tyle że perfekcjonizm i starania i tak chyba niewiele tu mogą zmienić. Dałam tyle, ile umiałam. Choć zmęczona i nieuważna, byłam i trwałam (z trudem). Nie liczyłam na cud. A może – znowu – uznałam, że mnie się on nie należy?
Bóg zapewne nie potrzebuje świąt, by działać. To nam niezbędny jest jakiś specjalny czas, moment, zdarzenie. Coś, co zmusi do zwolnienia, zatrzymania się, skupienia, bycia bardziej uważnym. W zwykłym zabieganiu łatwo Go przeoczyć. Bo On nie krzyczy, nie szarpie za rękaw. Moją mamę leciutko pogładził po policzku, szepnął, że jej trud i poświęcenie mają głęboki sens, przyniósł jej ulgę. Mnie udowodnił, że spełnia obietnice; szepnął, że Jego wola jest i pozostanie dla nas, tak ciasnych w myśleniu, patrzeniu, czymś niezrozumiałym, zadziwiającym i czasem nie do uwierzenia. Bo Jego drogi nie są naszymi. Powoli przestaję się czemukolwiek dziwić, ale nigdy zachwycać, nawet jeśli w tym zachwycie więcej jest grozy niż piękna. I wiem, że zmartwychwstanie dzieje się we mnie nieustannie.

204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...