wtorek, 18 marca 2014

120. o korzyściach stania w szeregu

Pewien popularny AA-owski mówca leciał do Teksasu, na dużą imprezę AA, gdzie miał opowiadać swoją historię. Rozszalała się burza, samolot wpadł w straszne turbulencje. Lecąca z nim kobieta spytała, co by się stało, gdyby mówca się nie pojawił. „To jest mityng AA”, wzruszył ramionami. „Znajdą kogoś innego!”

Duch rotacji sprzyja rozwojowi pokory, która przypomina nam, że to posłanie AA jest ważne, a nie osoba je niosąca.*

Przywództwo w AA nie polega na tym, aby zebrać wokół siebie grupę ludzi, którzy się z tobą zgadzają i pracują aby zrealizować program. Przywództwo w AA nie polega na stawaniu się coraz popularniejszym, po to, aby uczestnicy podążali za tobą w konkretnym kierunku. Dla mnie osobiście przywództwo było i jest wspieraniem Wspólnoty, kiedy ta poszukuje sposobu osiągnięcia sumienia grupy. Osiągnięcie sumienia grupy jest główną rolą rzecznika rady, ponieważ sumienie grupy jest naszą jedyną władzą. Przywództwo w AA jako całości polega na służbie – służbie dla Wspólnoty, aby ta mogła skuteczniej docierać do alkoholika, który wciąż jeszcze cierpi.*

Rotacja może być prawdziwym krokiem do przodu w rozwoju osobistym – krokiem ku pokorze, który dla niektórych osób jest duchową kwintesencją anonimowości. Rezygnujemy z osobistego prestiżu w pracy AA. Rotacja przynosi duchowe nagrody bardziej trwałe niż sława. Nie mając żadnego „statusu” w AA do postawienia na szali, mamy całkowitą wolność aby służyć kiedy jesteśmy potrzebni. Nie musimy walczyć o tytuły i pochwałę. W ramach Tradycji Drugiej, rotacja jest główną metodą jaką posiadamy my, uczestnicy AA, aby zapobiec temu, że władza, prestiż i zabieganie o osobisty poklask wypaczą nasze najlepsze intencje.*



* Cytaty pochodzą z Raportu końcowego 22 Światowego Mityngu Służb, który odbył się w 2012 roku, w Nowym Jorku. 

wtorek, 11 marca 2014

119. czy we wspólnocie wszystko jest wspólne?

Zaledwie parę tygodni temu pisałam o powrocie do szeregu, o powstrzymywaniu się przed epatowaniem własnym intelektem, wiedzą, pomysłami, osobowością, o duchowym aspekcie anonimowości. I oto nadszedł czas weryfikacji… A może badania własnych granic i szukania równowagi? No i adekwatnej reakcji. Załatwiania spraw, a nie wyłącznie narzekania, że ktoś coś mi…

*

Pamiętam moje zaskoczenie, ale też swego rodzaju ulgę płynącą ze zrozumienia, kiedy wypełniając tabelę uraz do 4 Kroku odkryłam, że owszem, moje pretensje mają jakieś tam zaczepienie w faktach, ale to ja dawałam się krzywdzić czy nieodpowiednio traktować, sama się przyczyniłam do pewnych nieprzyjemnych dla mnie zdarzeń. Po wypełnieniu tej tabeli mój ogromny żal do byłego narzeczonego za brak szacunku, uczuć, troski znacząco się skurczył. Tak, on tak właśnie się zachowywał, ale przecież nie przykuł mnie do kaloryferów, nie trzymał mnie przy sobie siłą. Po pierwszym bolesnym doświadczeniu mogłam zareagować, po drugim odejść. Pozostanie w tej relacji, narażanie się na kolejne nieprzyjemne sytuacje, to był mój wybór. Mój udział zobaczyłam nawet w dokonanym na mnie w tramwaju akcie kradzieży. Oczywiście, udział złodzieja nie stał się ani odrobinę mniejszy czy usprawiedliwiony. Natomiast odkrycie mojej lekkomyślności – portfel na samym wierzchu otwartej torebki – pomogło uporać się z poczuciem krzywdy i tendencją do obwiniania innych. Mój udział nie znosi czynu dokonanego przez kogoś, może co najwyżej uspokoić emocje, ustawić je na właściwych torach. No, i dać mi lekcję na przyszłość. Czego unikać, jak się zachować.
Pamiętam kolejne zdziwienie, gdy po pewnym mityngu odkryłam brak telefonu komórkowego w kieszeni płaszcza. Oniemiałam. Ale bardzo szybko przyszła myśl: A czego ty się spodziewasz? Jesteśmy bandą chorych i zdeprawowanych ludzi o przetrąconych wartościach. Skąd pomysł, że nagle, po przekroczeniu progu mityngowej sali wszystkie wady nagle znikną albo zatrzymają się w bezruchu, a my zamienimy się w chodzące ideały i wzory do naśladowania dla małych dzieci?
Kradzież zawsze boli. Czy również intelektualna? Ta chyba wciąż bardziej mnie zadziwia. Ale czy umieszczając moje przemyślenia i eseje w tej ogromnej i tak naprawdę dzikiej przestrzeni, jaką jest internet nie powinnam przewidzieć sytuacji podobnej do tej z moim portfelem w tramwaju? Naiwność, bezmyślność, lekkomyślność to wady charakteru. Gdy dziwię się, a może nawet oburzam, że jakiś alkoholik na programie (musi na nim być, skoro pisze o Tradycjach AA), ukradnie moje teksty, kierują mną właśnie te wady charakteru (o egocentryzmie nawet nie wspomnę!). Ale nie ukrywam, że również zwyczajna ciekawość co do sposobu myślenia tej osoby: przepisać co drugie zdanie, podpisać własnym imieniem, a potem jeszcze wysłać do biuletynów AA, po to, by te teksty zostały wydrukowane i poszły w Polskę? To jest dopiero brak rozwagi. Bezmyślność czy hucpa? (jedno i drugie nie jest u alkoholików niczym niezwykłym – wiem, w końcu Krok Piąty mam już za sobą).
Zastanawiałam się kiedyś jaki jest sens spisywania cudzych prac (na terapii). Na cudzej pracy przecież się nie wytrzeźwieje. Ale być może czegoś nie wiem, nie dostrzegam, może właśnie dogłębnie się zrozumie, a nawet wprowadzi we własne życie Tradycje AA opisane przez kogoś innego (oszukiwanie własnego sponsora od Tradycji to już całkiem inna kwestia). Tak, wiem, że zbiorowa mądrość AA polega na dzieleniu się. Może warto by było jednak zgrać definicje i zastanowić się, czy faktycznie wszystko jest do wzięcia i ewentualnie w jakim zakresie. Warto też mieć świadomość, że teksty, nawet te z internetu, mają swoich właścicieli, autorów, a niektóre są chronione prawem autorskim. 
Fakt, jestem dość mocno wyczulona na naruszanie własności intelektualnej, może z racji zawodu (nie będę oczywiście nikomu udowadniać, że nie miał takich samych doświadczeń jak ja, że nie wpadł na takie same porównania, bo to karkołomna zabawa), ale czy naprawdę różni się ona aż tak bardzo od własności materialnej? Ja też kiedyś nie widziałam niczego niewłaściwego w drukowaniu moich prywatnych wielostronicowych plików w miejscu pracy, ani w prowadzeniu długich prywatnych rozmów przez telefon służbowy. Jeśli coś jest, leży bezpańsko, to znaczy, że można brać, samo się prosi. To, że dziś nie ruszam nie swoich rzeczy, nawet gdy leżą na ławce w pustym parku, jest kwestią świadomości i wysiłku myślenia i kroczenia tą nową przemyślaną drogą. I znowu wraca do mnie zdanie: Jest tylko jedna osoba zobowiązana do przestrzegania jakichkolwiek zasad, wyznawania jakichkolwiek wartości – ta, która sama tak postanowi. Tak dla porządku – to ostatnie zdanie jest własnością intelektualną pewnego alkoholika, nie moją. Na jego wykorzystanie mam osobistą zgodę.



wtorek, 11 lutego 2014

118. żegnaj władzo

Rozważając w styczniu ostatnią, Dwunastą Tradycję AA, doszłam do wniosku (co już wcześniej podejrzewałam, ale jeszcze nie miałam tej pewności w sobie), że Tradycje mają daleko szersze oddziaływanie niż tylko regulacja wewnętrznego funkcjonowania Wspólnoty AA. Zrozumiałam, że są fenomenalnym narzędziem rozwoju duchowego, bardziej zaawansowanym niż Dwanaście Kroków, kolejnym etapem Programu.

Właśnie rozpoczęłam drugie kółko z Tradycjami. Kiedy zrealizowałam 12 Kroków ze sponsorem i zaczęłam przekazywać dalej, każdy kolejny Krok omawiany z podopieczną wymagał ode mnie powrotu do tamtych treści. Czytałam i odnajdywałam w tych czytankach (literaturze Anonimowych Alkoholików) nowe rzeczy, czasem dziwiąc się i śmiejąc, że wcześniej na pewno tam tego nie było. Nie mogło być, przecież na pewno bym zobaczyła. Prawdę mówiąc niemal za każdym razem odkrywałam takie nowinki. Poznawałam po tym, że się przesunęłam, że jestem w innym punkcie niż wtedy, gdy czytałam poprzedni raz. Z Tradycjami jest podobnie. Po roku widzę kolejne warstwy. I bardzo mi się to podoba.


*

Oczywiście, wiedziałam – teoretycznie i intelektualnie (warstwa pierwsza) – że Druga Tradycja AA* dotyczy kwestii władzy i ostatecznego zdania w AA. Jeśli nie możemy dojść do porozumienia, mamy się odwołać do sumienia grupy, i tyle. Bo decyzja sumienia grupy jest nadrzędna (warunki formowania właściwego sumienia grupy opisałam tutaj). Wiedziałam też, znowu w warstwie pierwszej, że skoro władzą ostateczną jest Bóg/sumienie grupy to nie jestem nią ja. Teraz jednak przyszła pora na warstwę drugą, czyli poczucie tego, dogłębne zrozumienie i przyswojenie, po prostu uwewnętrznienie (internalizację, uff). To cudownie, że nikt niczego nikomu nie może w AA nakazać, do niczego zmusić. Dlatego tak się trzymam tego miejsca. Czasem na własną zgubę – bo co jak co, ale samowolę i przekonanie, że ja sama wiem najlepiej, co jest dla mnie dobre i jak ma wyglądać moje życie, mam wyćwiczone do perfekcji i dopracowane do najdrobniejszego szczegółu. Ale jest też druga strona tego medalu: jeśli nikt nikogo, ta ja też. Tak, ja też nie mogę nikogo do niczego zmusić. Tu jest początek mojego wyzwolenia. Bo odkryłam, że całe życie próbowałam forsować moje racje i pomysły. Prośbą lub groźbą. Szantażem, zastraszaniem albo przymilaniem. Nie ważne metody, ważny efekt. To ja rządziłam w domu. Próbowałam, nawet jeśli za to dostawałam po głowie. Naturalny porządek nie istniał. A raczej, to ja stworzyłam nowy porządek, który dla mnie wyglądał całkiem naturalnie. Byłam wręcz oburzona, gdy ktoś zechciał mi moje miejsce odebrać. To ja rządziłam w rodzinie, związkach, relacjach. W każdym razie rwałam się do tego ochoczo, zawsze. Gdy się nie udawało, byłam nieszczęśliwa. Ale próbowałam dalej. Gdy ktoś miał tego dość i znikał, byłam nie tylko nieszczęśliwa, ale i obrażona. Nie wiedziałam, nie widziałam, nie rozumiałam. Pakowałam mnóstwo energii w to moje rządzenie – bo przecież ja chciałam dobrze, ja wiedziałam jak jest dobrze. Gdyby oni wszyscy tylko się poddali… Otóż, nie, nie wiedziałam co jest dobre i najlepsze nie tylko dla innych, ale nawet dla mnie samej. Uznanie tego, pogodzenie się z tym uwolniło mnie od wielkiego ciężaru. Kolejną jego porcję zrzuciłam, uznając, że nie mam władzy nad nikim. Nawet, jeśli mój pomysł jest w porządku – spodoba się albo nie. Przyjmą go lub nie. To już nie moja rzecz. Nie muszę walczyć i przekonywać. Bo już nie muszę walczyć o uznanie. Już się nie boję odrzucenia. Nie muszę się nikomu podlizywać. Ani też wyrywać palmy pierwszeństwa, siłą wdzierać się na świecznik. Odkryłam też, że nie wszyscy są gotowi na pewne pomysły, nawet te bardzo dobre. Nie wszyscy jeszcze widzą. I to nie jest nic złego. Czasem trzeba poczekać.
Na jeszcze jeden aspekt Drugiej Tradycji zwróciła mi uwagę podopieczna (to kolejny profit płynący z posiadania podopiecznych – mają fantastyczne pomysły). Nie tyle chodzi w niej
o podporządkowanie, ile o współpracę. Podporządkowując się mogę wpaść w pułapkę urazy: Nie chcieliście mojego rozwiązania? OK., niech wam będzie, nie będę się stawiać, ale nie liczcie na wiele. Wyższą szkołą jazdy jest powiedzieć wtedy: To całkiem nie po mojemu, ale skoro taka jest decyzja, to ja się przyłączam i razem z wami to zrobię. To naprawdę wyższa szkoła jazdy. Ale i Tradycje są moim zdaniem kursem jazdy dla zaawansowanych.


* Jedynym i najwyższym autorytetem w naszej wspólnocie jest miłujący Bóg, jakkolwiek może się On wyrażać w sumieniu każdej grupy. Nasi przewodnicy są tylko zaufanymi sługami, oni nami nie rządzą. 


wtorek, 21 stycznia 2014

117. pod fałszywym aniołem

Pilch jest jak pies ogrodnika – skoro on nie chce rozwiązania, to nadziei na wyjście z choroby nie pozostawi nikomu. Skoro on nie korzysta to… znaczy, że rozwiązanie nie istnieje. Albo nie działa, a to znaczy, że nie istnieje. Wiem, wiem, to była sztuka, a nie nudna rzeczywistość. Jak ktoś nie potrafi obcować z dziełem, niech się nie wypowiada. No, to się wypowiem.

*

Poszłam, bo byłam zwyczajnie ciekawa, ot, taki banalny powód. Smarzowski mnie interesuje, Pilch niespecjalnie. Tego pierwszego jestem w stanie oglądać, choć nie pasjami, tego drugiego czytać – nie bardzo. Ale temat alkoholizmu ciekawi mnie zawsze. No i co ja na to?
Jakieś takie dziwne odczucie mnie napadło w trakcie, że Pan Pisarz Wielkie Ego nie jest już w stanie nakarmić się zachwytem wpatrzonych weń studentek i pań redaktorek, że potrzebuje specjalnie utkanego z samej degrengolady, z nizin najniższych, z marginesu ostatniego, tła, by wypaść jeszcze lepiej i mądrzej niż zwykle. Każde westchnienie podziwu dla pustego w środku alkoholika jest na wagę złota. Choć z biegiem lat i kolejnych litrów przepuszczonych przez organizm, żyły i mózg coraz rzadsze, westchnienia mają zapełnić tę pustkę. W każdym razie spróbować zawsze warto.
Dobra już, to czego się czepiam? Nie byłam nigdy pacjentem oddziału deliryków, może to prawda najprawdziwsza, że tam dno den, że wtórny, a wręcz i pierwotny analfabetyzm. Ale jakoś nie do końca to kupuję. Widziałam pacjentów różnych odwykówek, i choć zdaję sobie sprawę, że na detoks trafiają alkoholicy w ciężkich stadiach choroby, to wciąż te ciężkie stany nie przytrafiają się wyłącznie zrytym życiem mieszkańcom najpodlejszych dzielnic. Jak podobno lubią podkreślać terapeuci uzależnień, alkoholizm jest chorobą demokratyczną, a to oznacza, że żaden zawód, pozycja, status nie chronią przed wszelkimi jego atrakcjami. Do takich atrakcji należą kace giganty, urwane filmy, kradzieże, oszustwa i kłamstwa, gwałty i przemoc, wreszcie kwestie, które łagodnie i dość oględnie nazwę fizjologicznymi. Być może bohater opowieści faktycznie tak trafił, choć bardziej jestem skłonna uwierzyć cichemu głosikowi, szepczącemu za uchem, że scenografia spreparowana jest bardzo celowo, choć nie jestem pewna, czy do końca świadomie, po prostu w takim miejscu, w takim towarzystwie naprawdę łatwe (wręcz oczywiste?) staje się pytanie: Co ja tu do kurwy nędzy robię? Co to za ludzie, gdzie ja, gdzie oni? Może sram pod siebie i rzygam na siebie, ale przynajmniej jestem inteligentny. I to piekielnie!
Tak, i w dodatku wszyscy to potwierdzają. Czytają, zapraszają, przeprowadzają wywiady, kupują książki, piszą recenzje, pieją – całe nienajedzone społeczeństwo podkarmi się teraz opowieściami jednego gościa, który najprawdopodobniej skona na tę chorobę, ale najważniejsze, że czytelnikom, odbiorcom i wszelkiej maści handlarzom choroba ta wydaje się tak zajebiście malowniczym tematem. OK., może i są usprawiedliwieni, może zwyczajnie nie wiedzą, nieuzależnieni przeważnie nie rozumieją, czym jest alkoholizm. Tym bardziej, że sam autor książki Pod Mocnym Aniołem wprawdzie przyznaje, że napisał ją na własnym odwyku i twierdził również – w każdym razie dawno temu – że sporo tam z niego, a właściwie większość, teraz jednak od tego kłopotliwego wyznania jakoś się mocno dystansuje. Ba, wyleczony z alkoholizmu opisuje teraz swoje odkrycia w temacie  parkinsonizmu. Tamta choroba już go nie dotyczy. Czy mi to przeszkadza? Bynajmniej. Tylko szkoda. 

*

Znam ten stan brylowanka, znam uczucie mrowienia i stojące za nim strach, niepokój, wywołujące przymus popisywania się, gadania pustych bzdur, lingwistycznej ekwilibrystyki. Nie mogę tego słuchać. Może dlatego, że sama kiedyś dość sprawnie posługiwałam się tym językiem, który dziś rani małżowinę ucha mego (sic!). Nie zamierzam robić Panu Pisarzowi amatorskiej psychoanalizy, ale prawie bym się założyła, które zdanie wybrał sobie za alibi dalszego, rzecz jasna kontrolowanego picia: Jest pan nieuleczalny! Skoro tak, to nie ma sensu się starać. Niektórym w takich razach wystarczy sama diagnoza. Są alkoholikami, a więc piją. To chyba jasne. Nie wszyscy mogą korzystać z przekonania, jakże banalnie powszechnego wśród jakże niebanalnych ludzi pióra, że bez picia nie ma twórczości.

Na koniec uroczy cymesik: na widzów filmu Pod Mocnym Aniołem w kinowej kawiarni czekała specjalna oferta (dostępna od lat 18). Zgadniecie co? Tak, interes musi się kręcić. Za wszelką cenę trzeba sprzedawać!  

wtorek, 14 stycznia 2014

116. Pijesz? Masz większą szansę na seks!

Na taką rewelację natknęłam się podczas przeglądu internetowych nowości i ciekawostek w temacie alkoholu. I cóż, muszę przyznać, że, hm, to prawda. Moje własne obserwacje i doświadczenie pokazują, że prawda. W okresie mojej abstynencji (od alkoholu), która trwa około półtora raza dłużej, niż czas mojej „czynności” seksualnej od pierwszego razu do ostatniego kieliszka, miałam jakieś dziesięć razy mniej okazji na seks, niż wcześniej. W dodatku wykorzystałam zaledwie ułamek… (proponuję powyższego zdania nie traktować jako matematycznego wyzwania, będzie łatwiej). Być może stępił mi się nieco wzrok i zwyczajnie nie dostrzegam ewidentnych okazji albo błędnie to co widzę interpretuję? Być może nie ma najmniejszego sensu porównywać ostrości wzroku z czasów liceum i tego, co jest teraz, bo to sprawy nieprzystawalne. Zresztą, nie o to chodzi, a o konkluzję. Nie ma alko, nie ma bzykanka? Znaczy: opłaca się pić i bardzo nie opłaca się nie pić. Bo rewelacja z tytułu – szczególnie, że kierowana do młodych mężczyzn – brzmi jak slogan reklamowy. Brakuje tylko marki konkretnego alkoholu. Albo jeszcze lepiej kilku, z konkretnymi wskazaniami na rodzaj cielesnej zabawy po spożyciu.

*


Jakiś czas temu, kiedy kwestia posiadania związku, bycia w związku i w ogóle wszystkiego, co ze związkiem jest związane, była dla mnie paląca, w przerwie między niedowierzaniem, użalaniem się nad swym losem a poszukiwaniem realnych przyczyn, by jak najbardziej rzeczowo zabrać się do sprawy i zaistniałe nieprawidłowości w kosmosie naprawić, doszłam do wniosku, że faktycznie, tryb życia, jaki prowadzę nie sprzyja nawiązywaniu nowych rokujących znajomości (rany, jakby tamte knajpiane były rokujące). Nie to co kiedyś… (już prawie, prawie miałam się rozmarzyć). Jak bym się uparła, mogłam co parę dni wychodzić z knajpy z nowym narzeczonym. Narzeczonym na miesiąc, tydzień czy godzinę, ale zawsze. Nie, to naprawdę nie jest autoreklama, choć niekoniecznie będę się podklejać pod hasło „nie ma brzydkich kobiet, tylko czasem wina…”. Po prostu wtedy, gdy tego wina jest pod dostatkiem, gdy podnosi się poziom alkoholu we krwi jakoś automatycznie  i dramatycznie  obniżają się wymagania i kryteria doboru, i nic dziwnego, że potencjalnych kandydatów robi się jakby więcej. Tyle że, jak ze wszystkim w życiu, ilość nie przekłada się na jakość. Bo ta… cóż jakość podlanych alkoholem przygód to już raczej temat na demoty, choć czasem bardziej jakiś cichy dramat (Och, Ziuta), a nie tanią zagrywkę reklamową dla naiwnych albo zdesperowanych. 

poniedziałek, 6 stycznia 2014

115. my jest ważniejsze niż ja

Zaintrygowała mnie zajawka na okładce: My jest ważniejsze niż ja. Tym bardziej, że połączona z nazwiskiem filozofa, którego cenię. Opisuje coś, co widzę w otaczającym mnie świecie i na co nie mam recepty do szerokiego zastosowania. On zresztą też nie, bo trudne, kłopotliwe, wymagające poświęcenia rozwiązania nie są dziś (a czy były kiedykolwiek?) w cenie. Pytanie – co dalej? Skąd i czy w ogóle przyjdzie ratunek? A może trzeba ratować się samemu, szukać tych, którzy też chcą się uratować i są w stanie podjąć trud, i im pomagać się wyrwać? A oni kolejnym… Czyż nie to właśnie robimy w AA, choć dotyczy to całkiem innej „biedy”?

*

Ale właściwie dlaczego „my” jest ważniejsze od „ja”?
Skierowanie wszystkiego do jednostki pobudza egoizm. I to dziś robi neoliberalizm połączony z utylitaryzmem, czyli dążeniem do przyjemności, najczęściej konsumenckich. Pobudza to w nas najniższe uczucia. (…)

Co jest złego w szukaniu przyjemności?
To, że dzisiejszy model cywilizacyjno-kulturowy czyni z nas ludzi, którzy myślą tylko o sobie, i to właśnie w kategorii szukania przyjemności. A ponieważ o te przyjemności nie jest tak łatwo – no, chyba że o te niższe, gdy kupi pan sobie nowy tablet – to większą część życia spędzamy na unikaniu cierpienia. Sądzę, że bardziej bronimy się przed cierpieniem, niż naprawdę doznajemy przyjemności. Opisał to Zygmunt Freud w swoim sławnym eseju „Kultura jako źródło cierpień”. Pokazał wiele wyrafinowanych taktyk, które stosujemy, żeby uniknąć sytuacji przykrych albo nawet tylko kłopotliwych. Od prozacu, tabletek przeciwbólowych, znieczulenia, po wszystkie formy uciekania od bólu duchowego, od poważnej refleksji. Uciekanie od nieprzyjemności życia codziennego jest moim zdaniem np. jedną z przyczyn upadku rodzin wielopokoleniowych, bo taka rodzina ma w sobie zawsze jakieś składniki kłopotliwe: wychowanie dzieci, zajmowanie się starszym pokoleniem, śmierć.

Dlaczego „my” jest ważniejsze niż „ja”? rozmowa z profesorem Marcinem Królem, Wysokie Obcasy extra, nr 6.



piątek, 3 stycznia 2014

114. konspira czy pokora?

Anonimowość stanowi duchową podstawę wszystkich naszych Tradycji, przypominając nam zawsze o pierwszeństwie zasad przed osobistymi ambicjami. Tradycja Dwunasta AA

A w wersji dłuższej: My, Anonimowi Alkoholicy, głęboko ufamy, że zasada anonimowości ma olbrzymie znaczenie duchowe. Przypomina nam o pierwszeństwie zasad AA przed osobistymi ambicjami oraz o potrzebie stosowania prawdziwej pokory w życiu. Potrzebujemy jej po to, by zesłane nam dobrodziejstwa nigdy nas nie zepsuły i byśmy nigdy nie przestali myśleć z wdzięcznością o Nim, który miłościwie panuje nad nami wszystkimi.

Oglądam z mamą film i niemal w ostatniej chwili gryzę się w język. Prawie już ją uszczęśliwiłam jakże cenną i z pewnością niezbędną informacją, że ten gość z filmu jest „od nas”? Od nas, czyli z AA. Innym razem w przerwie mityngu słyszę słowa skierowane do nowicjusza, które mają go, jak rozumiem, zachęcić do przyjścia na mityng innej grupy: Iksiński (znany aktor) i Zet (muzyk i kompozytor) przychodzą tam często. Nie jestem pewna czy obydwaj aktorzy oraz muzyk (a także wielu innych mniej lub bardziej znanych członków Wspólnoty AA) mieliby ochotę, by ich nazwiska pojawiały się w takim kontekście. Nigdy ich nie spytałam (dlatego też milczę, choć ta informacja z pewnością przyniosłaby mi jakieś krótkotrwałe profity, na przykład chwilowe zainteresowanie moją osobą), dostałam za to mocną lekcję osobistej anonimowości dawno temu, w pierwszych miesiącach mojego uczestnictwa w AA. Przyjaciółka z pracy zapytała, skąd znam inną koleżankę, którą poleciłam. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że z terapii. Gdy przyznałam się tej, której sprawa dotyczyła (czyżby jednak jakieś ukłucie sumienia?), dostałam burę i stanowczy komunikat, że ona sobie tego nie życzy. Choć wtedy uważałam, że przesadza (wstyd się przyznać, ale roiłam sobie, że wiem lepiej, co jest dla niej dobre, jak ma się czuć i czego chcieć, życzyć sobie albo nie), nigdy więcej nie popełniłam tego błędu. Nawet jeśli i teraz czasem zdarza mi się uważać, że ktoś z tą osobistą anonimowością – swoją i w ogóle –  przesadza (co, sąsiedzi nie widzieli niby jak wężykiem wracał co wieczór do domu, jak na czworakach wdrapywała się po schodach?), to nie dyskutuję, bo to nie o mój wizerunek toczy się bój. Ja mogę dysponować swoimi danymi osobowymi – z zachowaniem Tradycji Jedenastej – dane innych ludzi są ich własnością. Pamiętam przecież moje przerażenie, nie przesadzam, gdy przy wejściu na mityng spotkałam człowieka znanego mi z pracy. Albo gdy na otwartym mityngu w grupie studentów psychologii zobaczyłam córkę znajomych. Moje bezpieczeństwo stanęło nad przepaścią! Jak się szybko okazało, na szczęście wyłącznie w mojej głowie.
Tak, ten podstawowy rodzaj anonimowości jest potrzebny nowicjuszom. Ale raczej nie jest wskazane zatrzymywanie się na tym poziomie po kilku, a nawet kilkunastu latach bytności w AA. Zwłaszcza wtedy, gdy osobista anonimowość (co w praktyce często oznacza: własna wygoda) staje się ważniejsza niż nasz główny cel, czyli zdrowie i życie cierpiącego alkoholika. Co bowiem mogę powiedzieć o sobie, mojej postawie, stopniu przebudzenia duchowego, jeśli obok mnie przez alkohol rujnuje swoje zdrowie i życie sąsiadka, kuzynka, córka znajomej z pracy albo i sama znajoma, a ja siedzę cicho, pary z ust nie puszczam, że jest rozwiązanie, że można nie pić, można tak nie cierpieć, bo ważniejsze jest dla mnie, żeby się nie wydało, że ja… ważniejsze jest moje samopoczucie, mój wizerunek, moja laurka?

*

Anonimowość, choć jako jedyna wymieniona w tej Tradycji, nie jest najprawdopodobniej jedyną zasadą, która ma mieć pierwszeństwo przed osobistymi ambicjami. Jakie są pozostałe? Mam kilka pomysłów na ten temat, choć prawdopodobnie żadna z teorii nie jest do całkowitego potwierdzenia. Może chodzić o wszystkie Tradycje i wynikające z nich pryncypia (Tradycja Pierwsza – poświęcenie, Druga – współpraca, Tradycja Trzecia – równość, etc), może chodzić o Kroki albo wręcz zasady grup oksfordzkich, stanowiące bazę programu AA zanim powstało 12 Kroków. Niewykluczone też, że anonimowość w rozumieniu duchowym, jako kolejny stopień pokory, jest tak szeroka, że ta jedyna zasada zawiera w sobie wszystko, co jest niezbędne zarówno do sprawnego i zdrowego funkcjonowania grup AA, jak i pojedynczych alkoholików.
W moim odczuciu to właśnie jest kierunek poszukiwań, a wspomniane w Dwunastej Tradycji zasady nie mają wiele wspólnego z zasadami, odczytywanymi na większości mityngów, którymi pojedyncze grupy dyscyplinują swoich członków. Zdecydowanie nie chodzi o uparte trzymanie się rytuałów i regulaminów, wykluczanie „trudnych” (np. chorych psychicznie lub nieprzyjemnie pachnących) członków, utrzymywanie za wszelką cenę „zamkniętych” mityngów i wypraszanie z nich osób, które jeszcze nie są pewne swojego uzależnienia albo szukają pomocy dla kogoś bliskiego. Zasady przed osobistymi ambicjami – tak, jak najbardziej, ale przecież nie przed dobrem (zdrowiem, życiem) drugiego człowieka.

*

Od pewnego czasu widzę w Tradycjach AA narzędzie pogłębiania mojego zdrowia duchowego, pogłębiania tego, co zapoczątkowały Kroki AA, czyli temperowanie i rozpuszczanie mojego egoizmu, egocentryzmu i koncentracji na samej sobie. Wszystkie Tradycje temu służą, ale wydaje się, że Dwunasta szczególnie. No, bo jak to, mam się schować do szeregu, nie kierować, nie rządzić, nie przypominać, że to ja właśnie wymyśliłam, zorganizowałam, napisałam? W filmie Nazywam się Bill W. jest scena, w której Bill z Lois przyjeżdżają na mityng do Kalifornii i nikt nie rozpoznaje w Billu założyciela AA, nawet mimo jego „naprowadzania”. Jest rozczarowany, ale… nie staje na mównicy i nie przywołuje wszystkich do porządku mówiąc: Hej, to ja! To ja stworzyłem ten cały interes! Ostatnio przypomniała mi się ta scena w sytuacji dość luźno związanej z AA. Pewien mój znajomy opowiadając coś, zasugerował, że nie mam na omawiany temat większego pojęcia. Miałam, a jednak przemilczałam uwagę i już to było czymś dla mnie nowym. Wystarczyła mi sama świadomość, że ja wiem. Wiem, że wiem. Kiedyś zawsze się bałam, że inni odkryją mój brak kompetencji, nawet jeśli te kompetencje posiadałam. Jeśli ktoś na gruncie zawodowym pomylił moje stanowisko, zawsze prostowałam (niech sobie nie myślą, że mają do czynienia z byle kim!). Jeśli ktoś w AA wziął mnie za nowicjuszkę, w pierwszej możliwej wypowiedzi dawałam taki popis aowskiej elokwencji, że nie można było mieć już wątpliwości kim jestem i na co mnie stać! Coś się zmieniło. Powoli – jeszcze powoli i jeszcze nie za każdym razem – udaje mi się stanąć i stać w szeregu. W tym właśnie dostrzegam ogromny duchowy potencjał anonimowości. Pozostajemy bowiem anonimowi nie tylko dlatego, by chronić się przed społeczeństwem, ale też by chronić nas samych, a może i innych, normalnych ludzi, przed naszym własnym ego.
Nie muszę stale przypominać mojej młodszej siostrze, że jestem mądrzejsza i mam rozleglejszą wiedzę. Nie muszę, bo tego rodzaju władza czy przewaga nie są mi już potrzebne. Nie muszę i nie chcę, bo okazywanie jej mojej wyższości raniło ją i przekreślało szansę na dobrą relację. Miałam chwilowe poczucie mocy, chwilową dość tanią satysfakcję, ale nie miałam siostry. I co równie ważne, moja siostra nie miała siostry.
O stosowaniu prawdziwej pokory w życiu przypominają mi spotkania z podopiecznymi – dość szybko zrozumiałam i poczułam, że to nie ja „leczę”, że ja jestem tylko przekaźnikiem i prawdopodobnie najmniejsza część procesu zdrowienia podopiecznej zależy, o ile w ogóle, ode mnie. I za te trudne lekcje jestem wdzięczna, bo pamiętam dokąd prowadziły mnie kiedyś rojenia o własnej wielkości. Teraz jest łatwiej, bo wiem, że sama z siebie mogę bardzo mało, kto Inny czyni dzieła. To daje mi jeszcze jedną korzyść – jeśli wiem, że pewne rzeczy nie są moją zasługą, nie domagam się od innych, nie wymuszam na nich dowodów uznania i wdzięczności. Nie mam nierealistycznych oczekiwań, które zawsze skutkowały frustracją i rozgoryczeniem. To dodatkowe profity realizacji Programu AA, wartość dodana. Kiedyś Program traktowałam jako lekarstwo na moje bolączki, bo widziałam tylko moje cierpienie (wiadomo, egoistka i egocentryczka). Potem okazało się, że to tak jak z nikotynizmem – mój ból nie rujnował tylko moich płuc, zatruwał powietrze i uprzykrzał życie, a nawet niszczył zdrowie także innym. Może zabrzmi to bombastycznie, ale zdrowiejąc – również w sensie duchowym – przestaję być wreszcie wrzodem na społeczeństwie.

204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...